Zieloni Nieznajomi

Zielony Nieznajomy

zielony nieznajomy

„Ekhm, ekhm. Ludzie zowią mnie Chrząkacz, jakobym, ekhm, ciągle wydawał dźwięk, który oni zwykli zwać chrząkaniem. Nie obchodzi mnie to szczerze, a nawet podoba mi się to przezwisko, bo i przy moim sporym już wieku nie pamiętam jakem miał na imię. Mamuśka mówiła mi ty hultaju, a pobratymcy, żem osioł, a osłem przecie nie jestem tylko wieprzognomem, ekhm… Tak wiem, zupełnie nie kumam, czemu wielkogłowi, tak zowią naszą rasę, ale co zrobić, zawsze byliśmy od nich mniejsi i ciągle kłopoty z nimi były, to też chowaliśmy się, a to po lasach, a to po opuszczonych chałupach, czy nawet po kanałach wielkich miast, żeby tylko nie widziały nas te kozie syny… Ekhm. Wychowałem się w małej wiosce, w królestwie, choć właściwie nie byłem jego obywatelem. Ta wioska była po prostu zbyt daleko od jakiegokolwiek miasta, żeby chędożone rycerstwo fatygowało swoje święte tyłki do nas po podatki. Raz zjawiło się takowych dwóch i żądało zapłaty za korzystanie z ziemi króla, jakiegoś Hendryka, czy innego Wacka, to nieźle ich z chłopakami kijami pogonilim. Mój tatulko zaś, świętej pamięci, jak dosiadł barana, co to go Gnacz nazywaliśmy, jednemu z tych świętoszków z łuku tak trafił w zadek, że chyba chłopina przez pół roku do wychodka nie zaglądał, tylko na stojąco… ekhm. No ale tam, co ja się rozgadałem o jakichś królewskich synalkach… Nasza wioska to były dwa domy i stodoła. Tatko opowiadał, że wygonili stamtąd ludzi jakiś wiek temu, i że wieprzognomy się tam zasiedliły. W takiej stodole, czy chałupie potrafiło mieszkać z siedem czy osiem rodów. Wieprzognom Wszystko u nas wspólne było. Razem robiliśmy na polach, razem ucztowali i podglądali dziewuszki. Ekhm, tak, całkiem miło było w Nunuanam, bo tak wioska zwana była przez wszystkich, ze starej mowy, co to tylko stare niedojdy pamiętały. No ale i mi przyszło zostać niedojdą kiedyś i wynieść się ze wspaniałego Nunuanam i pójść w świat. Każdy bowiem wieprzognom musi opuścić swoje miejsce urodzenia i iść w świat, żeby usunąć się z drogi młodym, żeby ci na swoim pozakładali własne rody. To też zostawiłem moich pięć córek, siedmiu synów oraz żonę Kurczysławę i wyruszyłem. Pobłąkałem się trochę po Wyczeszysku, nieco po Fanhaldzie, służyłem trochę u niejakiego Bąbola Sprawiedliwego, lorda co to miał trzy wsie i pałac o powierzchni takiej co wszystkie pola kapusty w mej rodzimej wiosce. Niestety nie znalazłem szczęścia poza Nunuanam. To też kiedyś nająłem się do jakiegoś okrętu, co to z wyprawą wojenną płynął z jakimiś członkami tajemnego zakonu i szorowałem pokład aż do dnia kiedy to okręt przybił do portu na jakiejś wyspie i kapitan kazał wszystkim wysiadać i że nikt nie wróci na kontynent żywy. Co było robić… Ekhm, wymknąłem się od razu z tej mieściny, bo te kozie syny, co to ich Inkasentami, czy Inkwizorami nazywali nowe porządki wprowadzali w tym miejscu. Ludzi palili żywcem, co nie chcieli robić na wykopaliskach, dzieci co biegały wokół ratusza zamykali w lochach i jeść nie dawali, a i baby gwałcili też, ekhm jak im się zachciało. Od razu stamtąd zwiałem. Ciężko żyć było w głuszy, bo ta wyspa, co to na niej wylądowaliśmy, to jakby rajską przypominała, co to wszędzie palmy, bambusy i papugi latają na każdym kroku. Ale, żem poradny wieprzognom, to też nieraz węża upolowałem, albo nawet papugę. Ta ostatnia smakuje przednio i bije na uszy nawet pieczone jagnię Grzywobrodźca z mej rodzimej miejscowości. Ciężko było wytrzymać jednak samemu w dżungli. Dni mijały bardzo wolno, a samotność bardziej dokuczała, niż gdy podróżowałem po wielkich miastach królestwa. Wtedy zawsze znalazł się jakiś przemądrzały kupiec, co to gębę miał tylko do gadania stworzoną. Ekhm, a teraz byłem sam i tylko srebrny rogal był ze mną nocami na niebie. Po pewnym czasie jednak znalazłem na wyspie gospodarstwo. Maciek chętnie mnie przyjął do roboty. Ja lubiłem robić w polu, to dobra praca, a dawał żreć, to chętnie tam siedziałem. Krótko jednak trwało moje szczęście. I tam zjawili się Inspektorzy i zabili Maćka, bo nie chciał iść na roboty na wykopaliska, dzieci jego zabrali gdzieś, a żonę zgwałcili. Na szczęście mnie nie widzieli bom zakopał się w stercie siania w izbie. Czasem mój wzrost się przydawał, tak jak wtedy. Albo raz, gdy poszedłem obejrzeć wykopaliska i przypadkowo spadłem ze skarpy. Już do mnie ci Inkwasy biegli, ekhm, kiedy ja wskoczyłem do wąskiego tunelu, jakby lis wykopał, a ci nie mogli się tam wcisnąć. Ekhm, kozie syny zawaliły mi wyjście za zadkiem, tom poczołgał się wgłąb dziupli. Na końcu tego tunelu znalazłem taką komnatę, co tom nawet u Bąbola nie widział. Pomyślałem, że tego mogą szukać Inkwizytory, to też zniszczyłem wszystkie wazony i rzeźby, które sie tam znajdowały, co by im na złość zrobić. Ciężej było się wydostać stamtąd, ale po wędrówce po korytarzach znalazłem schody, co w głębi dżungli były ukryte i wyszedłem na zewnątrz. Lepiej trafić nie mogłem. Wieprzognom2Kilka kroków dalej bowiem, znalazłem podobnych sobie wieprzognomów, ale nie z mojej wioski. Weseli byli i cieszyli się na moje przyjście. Jeden miał na imię Banan, a drugi Dużyłeb. No faktycznie duży łeb miał, a głupi był jak mało kto. Okazało się, że chłopaki zostali porwani przez piratów ze swojej nadmorskiej wioski, bo trzeba było żeby kto czyścił pokład i gotował, ale ich statek rozbił się o skały w pobliżu wyspy i ci uciekli wgłąb dziczy, żeby piraci ich nie zjedli, gdy będą głodni na plaży. Mocno zaprzyjaźniłem się z dwoma młodzikami, bowiem mieli oni zaledwie pięćdziesiąt lat, co u nas wieprzognomów odpowiada jakim szesnastu u ludzi. Od razu zaczęli mnie traktować jak przywódcę. To taki nasz nawyk, czy zwyczaj, że najstarsza osoba z plemienia, dowodzi i zarządza w wiosce, także każdy wieprzognom w pewnym okresie, tuż przed swoją wyprowadzką rządził we wsi. No, ekhm, nas było tylko trzech, więc nie było sensu, żebym się wyprowadzał. Pierwszą moją decyzją było zbudowanie okazałego domu na jednym z drzew. Długo się męczyliśmy zanim budowa została ukończona. Bo to i częste deszcze krzyżowały nam plany i gałęzie nie układały się odpowiednio jakby my chcieli. Szło ciężko, ale w końcu wymarzony domek powstał. Znajdowały się tam trzy wydrążone pnie, które służyły nam za łoża, z odrobiną sianka z opuszczonych, przymiejskich farm i oczywiście spiżarnia. Ekhm, czego my tam nie mieliśmy: suszone grzyby, kokosy, daktyle, figi, suszone mięso a nawet sól, bo niedaleko od domostwa odkryliśmy jaskinię, której ściany były z prawdziwej soli. Lepiej być nam nie mogło. Żyło się tam cudownie. Miałem wreszcie spokój, o który ciężko było Chrząkaczowi w Nunuanam. Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy i do solnej jaskini wprowadzili się ludzie, co to sami siebie zwali buntownikami. Budowali później tam palisadę i drewniane domki, później wieże… Ekhm, tylko wycinali drzewa i odstraszali zwierzynę. Nie śmieliśmy się pokazywać w ich obozie. Nikczemne to były typy, a ponadto, Banan i Dużyłeb rozpoznali wśród nich kilku piratów, co ich porwali. Miarka się przebrała, gdy te kozie syny wycięły drzewo przy naszym domu, które spadając uszkodziło nasz dach. Dużyłeb, prawie wtedy stracił swojego dużego łba. Pal, wzmacniający konstrukcję chatki wbił się w podłogę tuż obok niego, gdy spał. Ja wracałem wtedy z jagód, gdy to zobaczyłem zawołałem Banana i chwytając za kije nieźle ubiliśmy tego człowieczka. Dużyłeb też pomógł, wytrącony ze snu zszedł po drabinie z chatki i przywalił temu facetowi mocno z czoła, a że czaszkę Dużyłeb miał twardą niczym głaz i technikę, której pozazdrościłby mu Fufu Pustapała, to i nasz tnący drzewa stracił przytomność na spory czas. Wynieśliśmy się stamtąd od razu.Wieprzognom3 Nie chcieliśmy mieć kłopotów z ludźmi, z nimi nie było wygranej. Najpierw poszliśmy pod wulkan, bowiem na środku wyspy znajdował się jeden. Wielki był tak, że aż sięgał do nieba, a dym z niego buchał nienaturalnie. Nie podobało nam się tam jednak. Co prawda gleba rodziła wyjątkowo dobrze, ale ziemia trzęsła się zbyt często. Dlatego przenieśliśmy się na wybrzeże po drugiej stronie wyspy. Tam żyło się całkiem spokojnie, choć czasem zjawiali się ludzie i burzyli nasze domostwa, więc zaczęliśmy mieszkać w szałasach, żeby odbudowa nie zajmowała zbyt wiele czasu. Po pewnym czasie, pełni wściekłości postanowiliśmy wypowiedzieć wojnę ludziom. Gdy tylko zobaczyliśmy jakiego łobuza, zaraz, ekhm, lecieliśmy na niego z kijami, a gdy się taki położył z bólu, to okradaliśmy koziego syna, żeby nas popamiętał.
I takie to życie na tej zafajdanej wyspie. Na początku czułem się dobrze, teraz mam wrażenie, że jestem więźniem. Nijak się stąd wydostać. Cały czas doskwiera tylko albo upał, albo zaduch, a nawet siarczyste deszcze, nieustające przez tydzień. Kto wie co się dalej przytrafi, ekhm. Wokół wszędzie dzikie bestie, a mi coraz gorzej na nogach…”

Rękopis znaleziony w jednej z jaskiń, przy wulkanie na Wyspie Zakazów.

Zieloni nieznajomi to dość tajemnicze postacie na Zakazanej Wyspie. Pojawiają się znikąd i nikt nie wie o nich zbyt wiele. W sieci ich rysunek pojawił się stosunkowo niedawno, bo w styczniu 2009 r. , a opublikował go rosyjski portal PiranhaClub. Postacie wyglądają przesympatycznie i mogą okazać się maskotką gry Risen. PB strzeliła w dziesiątkę tworząc tą dziwną rasę. Jeśli chodzi o funkcję, to mało wiemy na ten temat. Krążą pogłoski, że „nieznajomi” zjawiać się będą gdy bohater umrze i obrabują go z pieniędzy… Na ile to prawda, na ile fałsz, to się okaże już wkrótce.

Dodaj komentarz