Ostatnia nadzieja

„Kufel Obfitości” nie posiadał dobrej renomy jak inne karczmy w Caldera. Był siedliskiem pijaństwa, rozpusty i hazardu nieskutecznie tępionym przez inkwizycję. Inkwizycję, która miała walczyć z tytanami, a nic w tym celu nie robiła. Kłótnie i burdy były tu na porządku dziennym. W takim oto miejscu przyszło Akivowi zapijać smutek po stracie żony. Smutnym wzrokiem lustrował salę pełną biesiadników prawie ich nie dostrzegając. Ludzie ci bawili się. Śpiewali sprośne piosenki, tańczyli, grali w karty i przepijali ostatnie pieniądze. Od czasu do czasu niektórzy goście udawali się wraz z kurtyzanami na wyższe piętra. Równie często wykidajła wynosili pijaczków, którzy już nie byli zdolni wypić więcej, śpiących na ladach i stolikach. Akiv nie zważał na to. Pił. Najpierw to, na co miał ochotę, później już tylko to, na co starczało mu pieniędzy. Upijając się wpadał w nastrój ponurego zamyślenia. Prowadzony nagłym instynktem wstał i wyszedł na środek sali. Coś krzyknął i sięgnął po pistolet. Nie zdążył wystrzelić. Poczuł nagły zawrót głowy i zemdlał. Wykidajła wynieśli go z karczmy i tak jak innych pijanych gości wrzucili do rynsztoku.

Akiv obudził się. Wciąż czuł się niedobrze po wczorajszym pijaństwie. Zaklął przypominając sobie o dzisiejszej warcie. W głowie szumiało mu okropnie. Obolałymi oczami rozejrzał się po miejscu, w którym się znajdował. Wbrew jego przewidywaniom nie był w rynsztoku. Miejsce, w którym się znalazł zawalone było wszelakimi towarami niczym jakiś magazyn. Jednak ściany były drewniane i jakby wypukłe. Akiv spróbował wstać. Wczorajszy alkohol znów zmusił go do upadku.

– Przyzwyczaisz się.

Wojownik odwrócił się w stronę głosu, który sprawił mu trochę przykrości z powodu bólu głowy. W końcu ujrzał nieznajomego. Siedział na drewnianych schodkach prowadzących nie wiadomo gdzie. Akiv zaklął. Obcy ubrany był w piracki strój, a na prawym oku nosił opaskę. Jego długie włosy swobodnie opadały na plecy.

– Nie dostaniecie za mnie okupu – rzekł wojownik – Nie mam już żadnej rodziny w Caldera.

– Gdybyśmy chcieli cię wymienić za okup to siedziałbyś teraz w klatce – nieznajomy zaśmiał się – Ciesz się, bo oto zostałeś nowym członkiem mojej załogi. Esmeralda wita!

Akiv skrzywił się z powodu nasilającego się bólu głowy.

– Wczorajszy alkohol, co? Dziś masz jeszcze wolne. Zapoznaj się z załogą, statkiem, wypocznij. Ale od jutra bierzesz się do roboty, jasne?

Wojownik skinął głową.

– I jeszcze jedno zanim cię zostawię. Moja kajuta jest świętością. Choć raz wpadniesz tam nieproszony to przeciągnę cię pod kilem. Miłych snów.

Nieznajomy odszedł zostawiając Akiva samemu sobie. Wojownik postanowił zdrzemnąć się jeszcze trochę. Jednak sen szybko nie przyszedł. Być może z powodu nieznanego miejsca, w którym się znajdował. Być może z bólu głowy, który nie chciał go opuścić. Sen w końcu przyszedł, lecz był płytki i niespokojny. Nie przyniósł spodziewanego ukojenia. Przynajmniej ból głowy trochę stracił na sile.

Esmeralda okazała się niemałym statkiem zdolnym pomieścić dużą ilość towarów (głównie rumu) i około 200 członków załogi. Wysocy, opaleni, zaprawieni w boju. Niestraszne były im żadne potwory ani abordaże. Niektórzy z nich mieli na swoim ciele wiele blizn. Zapewne pamiątki po odbytych bojach. Patrzyli na Akiva wzrokiem ciekawym, a zarazem jakby mrocznym, obrazującym ich skrywaną potęgę. Wojownik błąkał się tu i tam, zaglądając do wszelkich zakamarków łajby, jednak bacznie omijając kajutę kapitana.

Następnego dnia wczesnym rankiem obudził go Aramis – bosman na tym statku. Dał Akivowi szczotę oraz wiadro i rozkazał wyczyścić cały statek. Przez kilka następnych dni wojownik poznał, że wcale nie tak dobrze być piratem. Czyścił działa, szorował pokłady i  burty „Esmeraldy”, naprawiał sieci, łatał żagle – słowem wszystko, co pomagało utrzymać statek w należytym porządku i czystości. Podczas wykonywania tych czynności nieraz doświadczył przykrości ze strony nowych znajomych. To specjalnie rozlali coś w miejscu, które dopiero co posprzątał. To chowali mu szczotę lub wiadra. Akiv nieszczególnie się tym przejmował. Ciężka praca pomagała mu wyjść z depresji, w którą wpadł po śmierci żony. Czuł, że na nowo odnalazł swoje miejsce na ziemi. I w głębi serca radował się z każdego nowego dnia.

Kilka dni później obudziły go krzyki załogi. Wstał, ubrał się, chwycił swoją broń i wybiegł na główny pokład. Była noc. Większość z piratów zapaliła pochodnie, by choć trochę rozjaśnić panujący mrok. Aramis stał koło steru i coś wykrzykiwał. Akiv zbliżył się, żeby zrozumieć o czym mówi.

– Bracia! Każdy z was dobrze wie, że nastały ciemne czasy dla nas. Niewiele statków wraca do swych portów. Na całym świecie ginie nas coraz więcej. Czy i my mamy podzielić los naszych towarzyszy? Czy i my mamy zginąć w bezsensownej walce? – bosman na chwilę przerwał dając czas do namysłu słuchaczom – To nie dyshonor unikać walki, gdy przeciwnik jest zbyt silny. Zresztą nie pierwszy raz będziemy uciekać przed wrogiem! Ileż to razy wykiwaliśmy flotę inkwizycji, kryjąc się we mgle lub w zakrytych zatoczkach? Czemuż nie mielibyśmy zrobić tego teraz? Zwłaszcza, że wróg jest silniejszy i potężniejszy od całej floty inkwizycji. Nasz statek jest nędzą łupiną w porównaniu do mocy tytanów! Tak, bracia! „Esmeralda” będzie niczym dziurawa szalupa w obliczu potęgi pradawnych stworów. Nie nam się z nimi mierzyć! Bracia! Czyż nie lepiej będzie osiąść gdzieś i przeczekać złe czasy? Czyż nie lepiej będzie żyć niczym królowie na własnej wyspie? Tytani kiedyś odejdą, a my znów staniemy się panami wód!

– Dobrze gada! – odezwały się liczne głosy.

– Bunt! – zawołali kolejni.

– Cisza! – wykrzyknął kapitan wypadając ze swej kajuty.

Kilku ludzi pochwyciło go i związało.

– Co to ma znaczyć Aramisie? – zawołał jednooki – Przecież znasz znaczenie naszej misji!

– To tylko mit, kapitanie, a ja nie zamierzam za niego ginąć! Tytani odejdą, a piraci byli, są i będą. Przetrwamy tak jak zawsze.

– Tchórzu! Zachowujesz się jak szczur uciekający z tonącego okrętu.

– Wystawić trap, chłopcy. Nakarmimy rybki.

Paru piratów rzuciło się po potrzebne rzeczy. Nikt nie zauważył, że ukryty w ciemności Akiv celuje do Aramisa. Korsarze powrócili i przywiązali do swego byłego kapitana łańcuch z kulą armatnią. Popychany przez byłych kompanów jednooki wszedł na trap, jednak nie chciał skoczyć. „Esmeralda” była wszystkim co miał. Razem z nią przeżywał najróżniejsze przygody w pogodę i słotę. Stała się jego domem, azylem, który teraz musi opuścić. A wszystko wskazywało na to, że widzą się po raz ostatni. W końcu jakiś zniecierpliwiony marynarz kopnął w trap i były kapitan wleciał do wody. Piraci radośnie zarechotali.

– Kurs na Antiguę, chłopcy! Wracamy do domu!

Wybuchł gwar. Odgłosy wystrzałów mieszały się z okrzykami szczęścia. W powstałym harmiderze nikt nie zwrócił uwagi na Akiva, który także wystrzelił ze swojego pistoletu, po czym rzucił się za jednookim. Wojownik od dziecka mieszkał nad morzem, więc doskonale pływał. Pomimo to lodowata woda sprawiała mu niemały problem. W końcu zdołał dotrzeć do byłego kapitana. Z jego ust szybko wydobywały się bąbelki powietrza. Nie było czasu do stracenia. Kilkoma ruchami Akiv uwolnił go z łańcuchów i wyciągnął na powierzchnie. W oddali błysnęły mu jeszcze światła „Esmeraldy”, która podążała według nowego kursu. Kapitan wypluł wodę i odzyskał przytomność.

– Tu niedaleko jest wyspa – szepnął.

Jednooki wprawnym ruchem oswobodził się z uścisku Akiva i zaczął płynąć w kierunku niewidzialnego lądu. Chcąc, nie chcąc wojownik podążył za nim. Wkrótce całował biały piach na znak dziękczynienia za uratowanie. Jednooki nie radował się. Siedział na brzegu i wpatrywał się w miejsce na horyzoncie, w którym znikła „Esmeralda” jakby licząc na to, że wróci.

– Potrafię sobie wyobrazić, co teraz czujesz – rzekł Akiv siadając na piasku obok pirata.

– Trzeba było mnie nie ratować – syknął jednooki.

Pomimo prób nawiązania rozmowy, pirat nie odezwał się już więcej. Wojownik zniechęcony takim obrotem spraw wstał i zaczął chodzić bez celu po plaży. Wyspa, na której się znaleźli była niewielka. Centralną część zajmował niewielki, śpiący wulkan, który wzbudzał lęk u Akiva. Wokół niego rósł bujny las. Wojownik poświęcił mu trochę czasu, lecz nie zdołał zauważyć nic godnego uwagi w mroku zalegającym między drzewami. Akiv wrócił do miejsca, w którym wydostał się na ląd. Pirat wciąż siedział i tępo wpatrywał się w horyzont. Wojownik nawet nie próbował zbliżać się do niego. Położył się na piasku w miejscu, w którym stał i próbował zasnąć. Lecz odgłosy dochodzące z lasu utrudniały mu to.

Wojownik ocknął się nagle i zobaczył, że w okolicy wyspy zakotwiczył statek. Była to trójmasztowa fregata. Kilka niewielkich szalup próbowało dostać się na wyspę. Piracka bandera na maszcie statku nie zaniepokoiła Akiva. Myślał, że śni na jawie, lecz ten sen okazał się najprawdziwszą prawdą. Zrozumiał to, gdy nowo przybyły pirat uderzył go w twarz.

– Cóż za spotkanie! – wykrzyknął bijący. Akiv zauważył, że ma koszmarną bliznę na policzku  – A już myślałem, że nigdy cię nie dorwę. Jak się miewasz, Akiv? Pamiętasz mnie jeszcze?

Wojownik milczał. Dobrze pamiętał co działo się podczas ostatniego spotkania z Drekanem.

– Zakuć go, chłopcy! Mamy pewne sprawy do wyrównania.

– Czy ja dobrze słyszę? – spytał jednooki wstając – Czyż to Drekan? Mój stary druh?

– Miło cię widzieć, cyklopie! – zawołał ten z blizną – Dobrze, żeśmy się zjawili, bo ten pies inkwizycji mógłby się za ciebie porządnie zabrać.

– Akiv? To dobry dzieciak. Jako jedyny pozostał mi wierny, gdy wybuchnął bunt.

– Może to był podstęp?! Może sam do tego buntu doprowadził?! Kto ich tam wie – pirat soczyście splunął.

– Jesteśmy tu od wczoraj. Gdyby chciał mnie zabić to już by to zrobił.

– Więc może chodziło mu o jakieś informacje. Lepiej zabić go od razu jak psa – pirat z blizną sięgnął po pistolet.

– Poczekaj – rzekł jednooki chwytając Drekana za rękę – Nie możesz od tak sobie zabijać ludzi.

– Nie?! Niby czemu? Przez tego zawszonego psa już dosyć wycierpiałem. Od dawna marzę, żeby ujrzeć go wijącego się u mych stóp.

– Strzelaj, jak chcesz. Ale będziesz tego żałował.

– Niby czemu?

– Bo zemsta nigdy nie jest taka jaką ją sobie wyobrażaliśmy. Zresztą, co robił członek inkwizycji w najgorszej spelunie w Caldera?

– To był podstęp, żeby dostać się na twój statek.

– Nikt nie wiedział, że stacjonujemy w pobliżu. Zresztą pozwólmy Akivowi mówić za siebie. No więc, chłopcze, co sprawiło, że byłeś tamtego dnia w „Kuflu Obfitości”? Wysłano cię z misją?

– Nie – odparł po chwili milczenia wojownik – Byłem tam z własnej inicjatywy.

– Z jakiej? Jeśli wolno spytać.

– Chciałem zapić smutek, po śmierci żony.

– Łże jak pies! – zawołał Drekan – Długo układałeś tę historyjkę, psie inkwizycji?

– Nie służę już Wielkiemu Inkwizytorowi. Inne psy inkwizycji posądziły moją żonę o praktykowanie magii voodoo. Proces był szybki. Bez świadków i bez jakiejkolwiek możliwości obrony. Stracono ją w trybie przyśpieszonym. Nawet nie pozwolono mi zabrać i pochować jej ciała.

– Aj… Nie mów tak, psujesz tylko zabawę – pirat z blizną zamyślił się na chwilę i splunął pod nogi – Chłopcze, mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. Czy chciałbyś się zemścić na tych sukinsynach z inkwizycji?

– Nie…

– Jakże nie? Ja ci tu daję wybór między życiem i śmiercią, a ty wybierasz śmierć? – zawołał bliznowaty – Aż tak ci to życie obrzydło? Słuchaj mnie, słuchaj. Twoja kobita, nie ważne jaką była, jeśli naprawdę cię kochała to chciałaby, żebyś teraz wybrał życie. Rozumiesz?

Akiv kiwnął lekko głową.

– Aj! Chłopcze! Takie nastawienie mi się podoba! Ładujmy się teraz na „Eleonorę” i w drogę. Ruszamy w pogoń za twoją „Esmeraldą”, cyklopie.

– Nie. Są teraz ważniejsze sprawy. Musimy skierować się na wyspę Kisigua.

– Po jakie licho? Przecież tam jest teraz sama ruina. Po przejściu tytanów nic tam nie zostało. Znajdziesz tam tylko kurz i piach.

– Według pradawnych rękopisów, gdzieś w świątyni pradawnego bóstwa znajdują się artefakty Efrekete.

– Pierwsze słyszę o takim bóstwie. Kim ona była? Pasała owce?

– Mylisz się, przyjacielu. Efrekete jest panią morza, a raczej była zanim nie pojawili się tytani. Jej to były poświęcone wszelkie bogactwa leżące na dnach mórz i oceanów.

– Znając życie jedyne, co będziesz mógł zrobić z tymi artefaktami, to podrapać się nimi po plecach. I to tylko wtedy, gdy będą w miarę dobrym stanie.

– Czy zawiodłeś się kiedyś na moich przeczuciach?

– Mam podać tylko parę przykładów czy mogę wszystkie? – pirat uśmiechnął się – Moja „Eleonora” zabierze cię do celu. Masz tu jeszcze coś do załatwienia, czy możemy ruszać?

– Ruszajmy. Teraz każda zmarnowana chwila może oznaczać zgubę ludzkości.

Podróż na Kisiguę zajęła kilka dni. Początkowo nikt na „Eleonorze” nie ufał Akivowi, lecz z czasem ta sytuacja zmieniła się na lepsze. Czas spędzony na statku był nie tylko czasem zawiązywania nowych znajomości. Marynarska rutyna znów wciągnęła wojownika. Razem z innymi czyścił pokład i łatał żagle, ciesząc się, że znów ma coś do roboty. Piątego dnia podróży, ku radości wszystkich piratów, z mgieł wyłoniła się Kisigua. Radosne okrzyki szybko minęły, gdy marynarze ujrzeli ruiny, jakimi wyspa była pokryta.

– Mówiłem ci – Drekan zwrócił się do jednookiego – Znajdziesz tu tylko kurz i pył. Nic tu nie zostało po ataku tytanów. A jeśli było tu coś cennego, to już dawno znalazło nowego właściciela.

– Przekonamy się. Zostań na statku. To nie są spokojne wody, więc miej się na baczności.

– Pójdę z tobą.

– Nie. W razie niebezpieczeństwa załoga będzie cię potrzebować. Wezmę ze sobą Akiva. Zresztą nie masz się o co troskać. Na wyspie nie ma ani jednego żywego ducha.

– Obyś nie dołączył do jej mieszkańców, cyklopie.

– Postaram się – odparł pirat wchodząc do szalupy.

Wyspa nie zyskała w oczach Akiva przy bliższym spotkaniu. Przedstawiała smutny obraz apokalipsy. Szary pył otaczał ruiny domów, mieszkań i świątyń nieznanych bóstw. Do jednej z takich świątyń skierował swe kroki jednooki. Wojownik w ciszy podążył za nim. Modlił się do wszystkich znanych mu bóstw i do swej żony. Choć czuł, że to na nic. Przecież i tutejsi mieszkańcy wzywali na pomoc swych bogów, a ci nawet nie kiwnęli palcem.

Wnętrze świątyni nie pamiętało czasów swej świetności. Połamane ławki, przewrócony ołtarz i małe wydmy z piasku dopełniały obrazu zniszczenia. Lecz najbardziej ucierpiał wielki posąg bóstwa stojący w centralnej części budowli. Czas i piasek zatarły twarz i oderwały osiem rąk. Akiv na próżno szukał ich w pomieszczeniu. Pirat rozejrzał się uważnie po wnętrzu i wiedziony instynktem pociągnął za pochodnie. Posadzka za ołtarzem zawaliła się odsłaniając wejście do katakumb.

– Idź idealnie po moich śladach – przestrzegł pirat – na dole będzie pełno pułapek.

Zanurzyli się w otchłań ciemności. Panujący tu mrok rozświetlali nikłym promykiem starej pochodni. Schodzili coraz niżej. Czasem zdawało im się, że błądzą, lecz w końcu dotarli do niewielkiej komnaty z statuą bogini ludzkich rozmiarów. Gdy Akiv spojrzał na jej lica przestał żałować, że czas, wiatr i piasek zamazały zarysy twarzy posągu w głównej komnacie. Pirat tymczasem rozglądał się po pomieszczeniu. Z upływem czasu wyglądał na coraz bardziej poddenerwowanego. Zaczął przeszukiwać najmniejsze zakamarki. Próbował naciskać poszczególne kamienie, lecz nic to nie dało. Nagle do komnaty wpadł zdyszany Drekan.

– Musimy odpływać! Wody się burzą!

– Nie! – odparł jednooki – To musi gdzieś tu być!

– Mówiłem ci, że jest tu tylko pył i piach! – zawołał chwytając pirata za rękę – Chodźże już! Nie bądź szaleńcem!

– Nie odejdę! – pirat uwolnił się z uścisku – Nie teraz, gdy jestem tak blisko znalezienia ratunku dla ludzkości.

– Znajdziesz tu tylko śmierć, cyklopie – Drekan splunął – Nie będę za ciebie nadstawiał karku. Żyjąc, bardziej pomożesz ludziom niż składając tu swoje kości.

Jednooki zawahał się. Szybkim spojrzeniem ogarnął całą komnatę, lecz nie ujrzał nic szczególnego. Ze zwieszoną głową wyszedł z komnaty za Drekanem. Akiv także chciał opuścić salkę, lecz poczuł, że kamień, na który nadepnął, ustąpił. Wojownik ostrożnie podniósł nogę. Przez chwilę nasłuchiwał dźwięków jakiegoś ukrytego mechanizmu. Nic się nie działo. Obejrzał się jeszcze za siebie i ruszył za kompanami. Nagle jego ciało przebił na wylot kolec. W następnej chwili upadł. Usłyszał jakieś głosy, lecz brzmiały jakby był pod wodą. Zobaczył swoją żonę. Uśmiechnął się i poszeza nią.

Dodaj komentarz