Bezimienny, część 2

Powrót do części pierwszej

– Kapitanie zgłaszam, iż znalazłem tego oto frajera w okolicznych krzakach – zameldował pirat

– W porządku – odpowiedział Ali rozkazując odejść swojemu podwładnemu – dobrze więc powiedz kim jesteś i co tu robisz?

– Gówno cię to obchodzi – odpowiedział klęczący. Dostał natychmiast z pięści w twarz od kapitana. W tym samym momencie wstał czarnowłosy.

– Poczekaj – rzekł do pirata. Następnie chwycił gościa za ręce zaczął nim trząść i na niego krzyczeć – kto cie tu przysłał debilu? Carlos miał nikogo nie wysyłać! Ja miałem zrobić to zadanie i wykonam je! Kto cie przysłał co? Carlos? – głos Bezimiennego był coraz bardziej groźny

– Nie! Ktoś ważniejszy! Ktoś komu zależy na tym by zniszczyć ludzkość. – klęczący mężczyzna zaczął mówić jak w amoku. Jego oczy stały się białe, wyglądał jakby stracił źrenicę –  Ten świat wróci do prawdziwych właścicieli. Świat należy do TYTANÓW! I tym razem ich nie powstrzymasz ZABÓJCO OGNIA! – po tych słowach wyciągnął sztylet i wbił go sobie w serce. Piraci stali jak wryci; wszyscy patrzyli na umierającego człowieka. Jedynie Bezimienny zachował spokój. Rozglądnął się. Daleko między drzewami dostrzegł postać, która za moment znikła. Mężczyzna przetarł oczy i rzeczywiście nikogo tam nie było. „Dziwne, chyba mam zwidy” – pomyślał w duchu. Załoga Ali`ego tymczasem zaczęła szemrać między sobą, a sam kapitan wziął na bok siwiejącego gościa i zaczął z nim dyskutować. Czarnowłosy próbował podsłuchać o czym rozmawiają. Nie do końca się mu to udało. Zrozumiał tylko, że rozmawiają o kobiecie o imieniu Shakara.

– Musimy jak najszybciej do niej dotrzeć – szeptał lekko siwy

– Nawet jeśli mamy płynąć statkiem inkwizycji? – zapytał Ali

– Nawet! Nie ma czasu do stracenia. Stawka jest zbyt wysoka. – powiedział i odszedł poklepując kapitana po plecach. Następnie pirat podszedł do Bezimiennego, który próbował zamaskować, że słyszał część rozmowy.

– On nie był z inkwizycji – od razu zaprzeczył czarnowłosy

– Mniejsza z tym. Obgadałem sprawę z chłopakami. Powiedz temu swojemu komandorowi Carsowi… czy jak mu tam, że chce się z nim widzieć na Polanie Popiołaków, jutro w samo południe – powiedział Ali charakterystycznym rozkazującym głosem

– A gdzie to jest?

– Nie wiesz? Ha! Odkąd ty tu mieszkasz co? – zadał pytanie retoryczne kapitan – ten twój gość z inkwizycji na pewno będzie wiedział gdzie to jest – rzekł Ali i oddalił się uśmiechając się do siebie

– Ali? – zatrzymał go jeszcze Bezimienny

– Co?

– Mogę u was zostać na noc? Mam dość chodzenia na dziś – zapytał grzecznie

– No pewnie! Czuj się naszym przyjacielem! – powiedział kapitan piratów i tym razem odszedł już dalej. Czarnowłosy zaczął rozglądać się za swoim małym przyjacielem Jaffarem. I znalazł go. Stał na stole, a przed nim siedziało kilku piratów z butelkami rumu w rękach, którzy słuchali jego mrożących krew w żyłach historii.

– … Jaffar odciąć ucho bestia, ale bestia nie zginąć. Bestia atakować dalej. Jaffar uderzyć i wbić miecza w serce Bestii. I Bestia umrzeć. A potem… – gnom kontynuował swoją opowieść dalej, jednak gość z opaską na oku już go nie słuchał. Postanowił za to rozejrzeć za czymś do picia. Podszedł w tym celu do rudowłosego pirata z wielką brodą tego samego koloru, który zajmował się sprzedawaniem rumu i grogu.

– Daj mi rum – poprosił grzecznie Bezimienny

– Ahoj przyjacielu! – krzyknął sprzedawca – proszę bardzo pierwsza butelka na mój koszt

– Dzięki. Rzadko spotyka się kogoś tak… miłego jak ty

– Tak w ogóle to nazywam się Romuald, ale mów mi Rom po prostu. Co ci się stało w rękę?

– Aaa… niemiła przygoda ze ścierwem – blefował czarnowłosy

– Widziałeś tego gościa co tu przyszedł? Tego świra? – zapytał klienta

– No widziałem. I co z tego? Barman położył butelkę rumu na stole.

– A to z tego, że słyszałem, że coraz więcej takich ludzi jest. Bezimienny otwarł butelkę i pociągnął łyka.

– Ciekawe. Możesz powiedzieć coś więcej?

– Podobno… tylko nie mów nikomu dobra? A już na pewno nie kapitanowi. On się wścieka jak się o tym mówi. Słuchaj! Podobno związek z tym mają dzikusy, te co inkwizycja każe im zbierać trzcinę. Ponoć żyją tam ludzie, którzy znają jakieś piekielną magię. Ta magia potrafi zrobić coś takiego, że nie kontrolujesz tego co robisz – wyjaśnił pirat. Czarnowłosy tymczasem upił już pół butelki.

– Naprawdę wierzysz w takie pierdoły? – z kpiną zaczął mężczyzna – jedyną istniejącą magią jest magia kryształów i magia runiczna. W dodatku ta magia prawie w ogóle nie jest już używana. Posługują się nią tylko magowie, a nie jacyś niecywilizowani ludzie z dżungli, którzy ledwo umieją rozpalać ogień. Naprawdę nie wierz takim plotkom – powiedział dokańczając butelkę – i daj jeszcze jedną butelkę, tylko grogu tym razem.

– Żebyś się tylko nie zdziwił, jak kiedyś zabijesz się nawet nie będąc tego świadomym. Wtedy przypomnisz sobie co ci mówił rudy Rom – odparł wkurzony pirat dając podając flaszkę

– Dobra dobra! – odparł Bezimienny rzucając kilka monet i odszedł. Jaffar tymczasem skończył swoją opowieść i siedział cicho. Gdy zobaczył swojego towarzysza ucieszył się.

– Gdzie ty być? – zapytał gnom podnosząc głowę

– Gadałem z tamtym gościem. Próbowałeś kiedyś grogu, rumu albo piwa?

– Mhux… nie

– To spróbuj – rzekł mężczyzna dając gnomowi flaszkę. Jaffar wziął łyka, otrząsnął się, podskoczył i siadł z powrotem.

– To być dobra. Ty dać jeszcze – powiedział piskliwym głosem . I pili razem przez cały wieczór i noc

Nad Calderą wstał nowy dzień. Tym razem przywitał ludzi deszczem z samego rana. Obóz piratów powoli budził się do życia. Najwcześniej wstał kapitan. Przynajmniej tak mu się zdawało

– Niech to szlag znowu leje! – zaklął pod nosem, wyszedł ze swej chaty i rozejrzał się – super jak zawsze wszyscy śpią. Pieprzone obiboki. Rozciągnął się, podrapał po swych najdroższych skarbach i chwycił się za głowę. „Już więcej nie piję” – pomyślał w duchu Postanowił napić się czegoś na kaca. Zaczął iść w kierunku beczek z rumem, ale potknął się i wywalił się wpadając w błoto. Oglądnął się by zobaczyć przyczynę wywrócenia się. Powodem był Jaffar, którego widocznie też kac męczył i pił on wodę z kałuży nie bacząc na to czy ktoś idzie czy nie

– Co kac cię męczy gnomie? – zapytał nawet miło jak na pirata kapitan – chodź znam coś co ci pomoże

– Co to być kac?

– A boli cie coś teraz?

– No. Głowa, ręka, noga, palec. Nawet prawe oko boleć Jaffar – wymieniał gnom

– No i to jest właśnie kac – wyjaśnił Ali każąc iść za sobą. Wziął butelkę rumu i rzucił ją małemu stworzonku – trzymaj po tym poczujesz się lepiej.

– Jaffar się po tym czuć źlej nie dobrzej – pisknął gnom

– Napij się to zobaczysz – odparł pirat otwierając butelkę i wypijając z niej niemal połowę jednym duszkiem. Jaffar zrobił to samo. Pił, skrzywiał się, nawet podskakiwał.

– Jaffar czuć się lepiej

– To weź to – podał kolejną butelkę gnomowi – i obudź swojego kolegę. Chce pogadać już z tym jego Carsem. Gnom zrobił to o co go proszono. Poszedł i obudził czarnowłosego, który wstał niechętnie. Puścił przy tym wiązankę na pogodę, na ból całego ciała i zastrzegł, że nigdy już nie będzie pił.

– Wstawaj obiboku! Napij się, zjedz coś i leć do miasta. W południe chce gadać z tym twoim komandorem. Bezimienny wstał ogarnął włosy, wziął butelkę, wypił całą jednym duszkiem, po czym poszedł do Roma by coś zjeść. Niestety rudy gość spał, dlatego mężczyzna obsłużył się sam. Zjadł tradycyjne pirackie jedzenie a mianowicie ryż z wodą, do której wrzucone były jakieś roślinki i parę małży. „Pychotka” pomyślał z niesmakiem. Był bardzo głodny więc zjadł szybko, zostawił kilka złotych monet i postanowił nie zwlekać, tylko jak najszybciej udać się do Carlosa. Niestety zatrzymali go wstający piraci.

– O widzę, że twarda głowa już wstał. Brawo – wrzasnął jeden

– Popatrz poszedł spać najpóźniej, a wstał najwcześniej. To jest gość – krzyknął drugi. Inny pirat tymczasem wcisnął mu sakiewkę ze złotymi monetami – to za ten zakład. Kurwa żeby wyjść po pijaku na największą sosnę w tym lesie, jeszcze z obandażowaną ręką to naprawdę trza mieć jaja. A nie boli cie nic po tym jak spadłeś? – zapytał zdezorientowanego czarnowłosego, który nie wiedział kompletnie o co chodzi. Jedną z ostatnich wczorajszych rzeczy, które pamiętał było to, że gadał z Jaffarem. Przynajmniej wiedział już dlaczego wszystko boli go jak nigdy. Trzeba też przyznać, że sakiewka była dosyć ciężka. Gdy wszyscy już mu pogratulowali i spytali się o stan zdrowia mógł spokojnie odejść. Szedł dosyć szybko, mimo że był cały obolały, tylko po to by powiedzieć Carlosowi że ma iść na Polanę Popiołaków. Na szczęście przestało padać co ułatwiło trochę marsz. Wczorajsza noc wdała się we znaki nie tylko mężczyźnie. Jaffar, któremu zwykle nie zamykała się gęba, tego dnia był niesamowicie cichy. „Niepotrzebnie mu dawałem ten grog” – martwił się w duchu czarnowłosy. Nie miał jednak czasu na przeprosiny czy coś w tym rodzaju. W końcu po godzinie szybkiego marszu dotarł do miasta. Swoje kroki skierował prosto do posterunku komendanta inkwizycji na wyspie Caldera. Gdy doszedł do docelowego budynku, zapukał grzecznie

– Kto tam? – zacharczał strażnik w drzwiach

– Przychodzę do Carlosa. W sprawie piratów.

– Hasło – gościa przy drzwiach chyba kompletnie nie obchodziło kto przyszedł. Bezimiennemu jednak hasło kompletnie wyleciało z głowy.

– Ty kurna głupi matole. To ja wyruszam z arcyważną misją do piratów, narażam życie, udaję mi się wykonać zadanie, a ty mnie pytasz o hasło? Wpuść mnie albo rozwalę ci te drzwi – Bezimienny był zdrowo wkurzony i zaczął krzyczeć. Strażnik otwarł drzwi i zaczął wyrzucać gościowi z opaską na oku

– A kim ty jesteś, że śmiesz podnosić głos na funkcjonariusza inkwizycji co?

– Paolo! Wpuść go! Pozwalam – rzekł głos pochodzący z wnętrza budynku, który czarnowłosy od razu rozpoznał. Należał on do Carlosa.

– A ty gnomie gdzie? – strażnik ze złością patrzył na wchodzącego małego stworka. Bezimienny spojrzał prosto w oczy Paolo i rzekł

– On jest ze mną! A jeśli ci się to nie podoba, to mogę ci załatwić miejsce na cmentarzu. Strażnik nie odpowiedział już nic. Burknął tylko coś pod nosem i kazał wejść pokazując, które drzwi prowadzą do komendanta. Gość wszedł wraz z Jaffarem przez te drzwi, ostrzegając gnoma, by ten nic stąd nie brał.

– To dom inkwizycji rozumiesz? Tu nie wolno nic brać, pożyczać nawet ruszać rozumiesz? – wyjaśnił przyjacielowi mężczyzna

– Hekk – potwierdził gnom. Goście weszli do wielkiej sali, na ścianach, której wisiały obrazy wszystkich Wielkich Inkwizytorów. Na samym końcu Bezimienny bez problemu rozpoznał Mendozę, człowieka, którego kiedyś zabił w podziemiach świątyni na Farandze.

– Kiedy dodadzą tu twój portret? – zapytał od wejścia mężczyzna

– Nie ma czasu na malowanie portretów! I zapamiętaj w końcu hasło to unikniesz niemiłych spotkań

– To wymyślcie coś łatwiejszego bo jak spamiętać coś takiego W imię świętych inkwizycji, walki wojny i innych pierdół – z wyrzutem rzekł Bezimienny

– Hasło jest proste jak zabicie żądłoszczura. „W imię Świętej Potężnej i Jedynej Inkwizycji, która chroni ludzi przed niebezpieczeństwem i walczy z potężnym złem tego świata – powiedział Carlos ze spokojem, opanowaniem

– Ta rzeczywiście łatwe – rzekł uśmiechając się czarnowłosy

– Dobra dość tych gierek! Mów co wiesz! – rozkazując odparł komendant

– Może dałbyś coś do napicia się np. piwo, a najlepiej dwa. Tak o suchym pysku mam mówić?

– Nic nie dostaniesz! Dobrze wiemy, że masz problem z alkoholem

– Jakie problemy?

– Jesteś alkoholikiem! Czy ty tego nie widzisz?! – powiedział Carlos uderzając pięścią w stół

– Lubię wypić. Nic więcej. A ciebie widzę nie interesuje, czego się dowiedziałem – odrzekł czarnowłosy

– Mów szybko pókim dobry! – krzyknął komendant niesamowicie wściekły. Jego rozmówca odczekał chwilę i zaczął mówić.

– Kapitan piratów chce się spotkać na neutralnym gruncie. Masz przyjść w południe na Polanę Popiołaków. W dodatku musisz utrzymywać, że jesteś w posiadaniu skrzyni z ich skarbem. Tylko tak możesz ich przekonać – wyjaśnił wszystko Carlosowi jak tylko potrafił najlepiej

– Co to za skrzynia?

– Kufer pełen złota, w którym jest także złoty miecz z wyrytymi literami G, E, S

– Rozumiem. Mam nadzieję, że nie chcesz mnie oszukać. Inaczej załatwię ci miłe miejsce w lochach – rzekł komendant

– Paolo! Przynieś 2 piwa!

– Trzy – poprawił go Bezimienny

– Dlaczego?

– Dla mojego przyjaciela Jaffara – odparł poważnie mężczyzna wskazując na gnoma. Carlos uśmiechnął się. „Chyba mu już odbiło od tej wódki. Piwo dla gnoma” – pomyślał w duchu – trzy piwa – krzyknął do swojego chłopaka. Carlos był już dosyć stary. Miał ponad pięćdziesiąt lat. Miał już niemal całą głowę w siwych włosach, tylko gdzieniegdzie prześwitywały jeszcze czarne. Miał też gęstą brodę, która była tego samego koloru. Był komendantem inkwizycji na Calderze, jednak czarnowłosy znał go jeszcze z Farangi, gdzie pełnił identyczną rolę. Nosił na sobie strój, który jego rozmówca znał, aż za dobrze. Była to szata, identyczna jak ta, którą miał na sobie Mendoza gdy zginął przed bramą tytana ognia. Bezimienny nie mógł jej zapomnieć i najprawdopodobniej nie zapomni nigdy. Tymczasem Paolo przyniósł 3 pełne kufle piwa i postawił je na stole. Czarnowłosy, wziął dwa krzesła i kazał na jednym z nich siąść Jaffarowi.

– Hekk, dzięki – pisknął gnom wprawiając w osłupienie komendanta inkwizycji

– Ty gadasz? – rzekł Carlos wypluwając łyk piwa, który zdążył już zrobić

– Hekk… tak – pisknął gnom biorąc kufel do ręki

– Ten świat nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać – pokręcił głową z niedowierzaniem – gdzie ty go znalazłeś?

– To długa historia. Może kiedyś ci ją opowiem – odparł popijając piwo. Rozmawiali jeszcze chwile o sprawach przyziemnych i mniej przyziemnych. W końcu czas zaczął naglić

– Wybacz, ale muszę już iść! – rzekł w końcu zakonnik

– Ja też już wychodzę. Powiedz mi tylko gdzie jest Polana Popiołaków? – zapytał Bezimienny wstając z krzesła

– Na północ od miasta. Ten zakichany pirat specjalnie wybrał to miejsce – zamilknął, ale za chwile kontynuował widząc że jego rozmówca jest zainteresowany szczegółami – Odbyła się tam kiedyś bitwa między piratami, a żołnierzami inkwizycji. Wygralibyśmy gdyby nie to, że od tyłu zaatakowało nas stado popiołaków, które zabiło wielu naszych ludzi. Ci bandyci zaczęli wtedy rozgłaszać, że nawet zwierzęta nas nienawidzą i wymyślili nazwę „Polana Popiołaków”. O dziwo nazwa ta szybko przyjęła się u miejscowych cholera jasna! – zaklął komendant niemiło wspominając tamto wydarzenie – mniejsza z tym. Muszę już iść. Na razie – rzekł otwierając drzwi i każąc wychodzić gościom. Czarnowłosy wraz ze swym małym przyjacielem wyszli z komendy i udali się do karczmy „Grubego Howarda”. Przed drzwiami spotkała ich mała niespodzianka. Stała tam Patty, która wielce ucieszyła się na widok przyjaciela.

– Gdzie ty byłeś? Czekam tu na ciebie od wczoraj – wykrzyknęła jednym tchem piratka rzucając się mężczyźnie na szyję – chodź mam coś dla ciebie.

– Patty poczekaj! – rzekł spokojnie Bezimienny – chce ci kogoś przedstawić. Albo lepiej niech sam się przedstawi.

– Jaffar! Ja być Jaffar – krzyknął gnom podskakując. Kobieta była lekko zaskoczona. Wiedziała, że gnomy są inteligentną rasą, ale nie spotkała jeszcze gadającego przedstawiciela tej rasy.

– Patty! Miło mi! – powiedziała wyciągając rękę w kierunku gnoma i witając się z nim – no to w takim razie chodźcie!

– Ale gdzie?

– No chodź – zachęciła czarnowłosego chwytając go za rękę. Poprowadziła go do jego domu. Na ścianie wisiał płaszcz. Był długi, czarny z wysokim kołnierzem, koło niego wisiała nowa biała koszula. Na stole znajdowała się biała apaszka, a obok czarne spodnie i porządne buty tego samego koloru. Mężczyzna ze zdziwieniem popatrzył na swoją przyjaciółkę.

– Co to jest?

– No co? Nie mogę dłużej patrzyć na to jak ty wyglądasz. Ubieraj się w to szybko! – rozkazała piratka. „Ten ton to pewnie ma po ojcu” pomyślał mężczyzna.

– Wybacz ale czy mogłabyś wyjść? – zapytał grzecznie Bezimienny

– Wstydzisz się mnie? No dobrze idę – rzekła wychodząc za drzwi. Czekała tam dłuższą chwilę, po której czarnowłosy ją zawołał i kazał wejść. Gdy dziewczyna zobaczyła go, oniemiała z zachwytu. Płaszcz idealnie komponował się z jego włosami i opaską na oku. Kobieta wreszcie zobaczyła w nim prawdziwego faceta, a nie jakiegoś brudnego pijaka walającego się po rynsztokach. W stroju tym wyglądał naprawdę groźnie, niemal jak prawdziwy pirat, którym nigdy rzecz jasna nie był. Patty była niesamowicie zadowolona też z białej apaszki, która wyglądała jakby była stworzona do tego ubrania.

– No i jak? – rzekł czarnowłosy poprawiając apaszkę

– No cudnie po prostu!

– Hekk, ty wyglądać przesz.. przeżysz… przeżyszylycznie – dodał swoje trzy grosze Jaffar nie mogąc się wysłowić

– Skąd ty to w ogóle masz? – zapytał dziewczyny podwijając rękawy

– Kupiłam. Dla ciebie – powiedziała uśmiechając się.

– Ile zapłaciłaś? – zadał pytanie rozpinając sakiewkę otrzymaną za wygrany zakład

– Daj spokój! Stać mnie.

– To w takim razie zapraszam panią na butelkę rumu, a może nawet dwie – powiedział kłaniając się z lekką przesadą – chodź Jaffar. Po tych słowach weszli do karczmy, gdzie zamówili kilka butelek rumu. Rozmawiali o różnych rzeczach począwszy od pogody, aż po sprawy damsko-męskie. Rozmowa ta trwała dość długo, w ruch poszło kilka kufli i butelek, a czas mijał. I mijałby dalej gdyby nie Carlos, który właśnie wszedł do knajpy. Kazał Bezimiennemu podejść do siebie.

– Omówiłem całą sprawę z tym czarnym kapitanem. Zgodził się przystać na nasze warunki, chociaż nie całkiem. Mniejsza z tym – rzekł wyciągając sakiewkę – proszę to za wykonanie zadania. Jeszcze jedno ten cały pirat chce się z tobą spotkać. Powiedział, że będzie czekał gdzieś na drodze do ich obozu. Nie pytam po co i dlaczego. To twoja sprawa – powiedział i odszedł w kierunku swojego posterunku.

– Patty wybacz muszę iść, ale wrócę niedługo, dobrze? – tłumaczył się czarnowłosy

– Leć! Poczekam – rzekła odkładając kufel

– Czekać. Czekać Jaffar też iść z tobą

– No to chodź – po tych słowach wyszli z karczmy kierując się w stronę wyjścia. Szli przez kilka ulic klucząc pomiędzy budynkami. W końcu dotarli do bramy, za którą skręcili w prawo, na drogę prowadzącą do obozu. Uszli już spory kawałek, Jaffar zdążył skończyć jedną ze swoich kolejnych życiowych opowieści gdy za sobą usłyszeli głos. Znajomy im głos. Obrócili się i zobaczyli Hanko. Zdziwił się lekko na ich widok, ale już za moment zaczął się szyderczo uśmiechać

– No proszę proszę! Jakie miłe spotkanie. No to teraz sobie inaczej porozmawiamy – mówił zbliżając się do Bezimiennego i wyciągając broń.

– Hanko nie mam czasu na zabawy – mężczyzna próbował uspokoić sytuację. Wiedział, że z trzeźwym bandytą nie ma szans. Był zbyt potężny. Czarnowłosy cofał się, a łysy zbliżał. W końcu Jaffar nie wytrzymał rzucił kamieniem w Hanko. Ten odwzajemnił się potężnym kopniakiem. Wtedy zaatakował go Bezimienny. Uderzył maczetą jednak trafił powietrze. Bandyta kontratakował przejeżdżając przeciwnikowi po włosach. Mężczyzna z opaską na oku odskoczył. „Mało brakło, ale moja śmierć jest blisko” – pomyślał w duchu. Wziął zamach chcąc uderzyć, jednak łysy zablokował cios i kopnął wroga powalając go na ziemie. Podszedł do niego chciał zadać ostatni cios. Jednak za plecami usłyszał głos.

– Hanko! Nie ładnie tak znęcać się nad słabszymi. Bandyta obrócił się. W jego oczach pojawiło się coś, co czarnowłosy widział po raz pierwszy – strach.

– Ali – uśmiechnął się perfidnie jak zwykle – co ty tu robisz kamracie?

– Przychodzę dokończyć to co kiedyś zacząłem – rzekł wyciągając miecz z pochwy – poznajesz?

– Dalej trzymasz swojego starego, zardzewiałego „Aligatora”?

– Mój stary Aligator pokaże ci co znaczy łamać przykazania piratów. Po tych słowach stanęli do walki. Najpierw zaatakował Hanko biorąc zamach od lewej strony. Jego klinga spotkała się z blokiem przeciwnika, który natychmiast przeszedł do kontrataku. Uderzył szybko trzy razy w broń wroga, każąc bronić się mu i odpychając jego prawą rękę coraz dalej tak by nie mógł przejść do bloku. Następnie wykonał obrót, wbijając Aligatora w lewą nogę bandyty. Hanko upadł i zaklął szpetnie. Zrobił jednak brudną sztuczkę, sypiąc przeciwnikowi piaskiem w oczy. Chciał to wykorzystać i uderzył. Ali zdążył zblokować, mimo to został trafiony w ramię. To wkurzyło go niemiłosiernie. Zaczął wykonywać kombinację śmierci. Polegała ona na wykonywaniu cięć, które przeciwnik mógł zablokować, jednak musiał się cofać. Kapitan piratów zagonił w ten sposób bandytę w ślepy róg. Gdy Hanko oparł się już o ścianę Ali wybił mu z ręki miecz, uderzył pięścią w twarz, a następnie dołożył powalającego kopniaka.

– Ali! Nie zabijaj mnie. Przecież to wszystko było tak dawno temu. Szramę mam do dziś. Czy to nie jest mało? – Hanko niemal ze łzami w oczach błagał o litość

– Nie! Złamałeś umowę, nie podporządkowałeś się słowom kapitana, a w dodatku wydałeś nas inkwizycji. Czy mam wymieniać dalej? – pirat krzyczał nad leżącym przeciwnikiem – Czy ty naprawdę myślałeś, że na Polanie Popiołaków przegramy? Piraci nigdy nie przegrywają! A teraz pozwól, że ci przypomnę nasze ósme przykazanie – leżący bandyta milczał – Naruszenie któregoś z przykazań oznacza hańbę lub śmierć. A ty zbyt długo żyłeś w hańbie. Ostatnim razem udało ci się zwiać do miasta inkwizycji. Tym razem już nie nie zdołasz – kapitan pirat mówił to spokojnie, z pogardą wypowiadając się na temat czynów przeciwnika

– Ali! Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, pamiętasz? Pamiętasz jak napadaliśmy na statki? Jak grabiliśmy kupców. Odpuść, a zniknę z waszego życia. Już nigdy żaden pirat o mnie nie usłyszy. Pozwól mi żyć! – Hanko desperacko szukał pomocy. Widać dopiero groźba śmierci uświadomiła mu jakim był człowiekiem.

– No dobra nie zabiję cię… – kapitan piratów wstał. Na twarzy byłego pirata pojawił się natychmiast uśmiech. – … mieczem – to mówiąc Ali wyciągnął pistolet i odpalił prosto w twarz Hanko. Tym razem bandyta runął na ziemię po raz ostatni. Bezimienny patrzył nie dowierzając. W ostatnich paru minutach dowiedział się o tylu rzeczach, że będzie potrzebował kilku dni by to sobie poukładać.

– Przynajmniej umarł z uśmiechem na twarzy. I co się tak gapisz? Pomóż mi go przenieś. Każdy człowiek zasługuje na godny pochówek. Nawet taki skurwysyn jak Hanko – powiedział pirat patrząc na czarnowłosego – bierz go za ręce. Bezimienny niewiele myśląc chwycił zabitego za ręce. Tymczasem Ali wziął go za nogi. Zaczęli go nieść w kierunku plaży.

– Będziemy kopać teraz grób?

– Zwariowałeś?! Pochowamy go po piracku. Nie odzywali się do siebie już więcej przez całą drogę. Po paru minutach dotarli nad morze. Weszli tam po kolana do wody.

– Na trzy rzucamy go do morza – rzekł kapitan rozhuśtując ciało – Raz! Dwa! Trzy! – to wypowiedziawszy wrzucili trupa w głębiny.

– To znaczy pochować po piracku? – zapytał Bezimienny gdy wyszli już na piasek

– Tak. Wszystkich nieżywych piratów tak chowamy.

– Byliście przyjaciółmi prawda?

– Wiesz co zadajesz za dużo pytań – rzekł Ali z oburzeniem – tak byliśmy. To było dawno temu. Hanko był porządnym piratem. Przynajmniej tak mi się zdawało. Pewnego razu gdy byliśmy na Calderze poszedł załatwić jakąś sprawę. Długo nie wracał i nagle zaatakował nas oddział inkwizycji. Nie mieliśmy wyboru musieliśmy się bronić. Wtedy zginął Mikelo, najlepszy strzelec jakiego znałem. I co Hanko dostał w zamian spytasz. 5 lat więzienia na Takarigui, po których osiadł na Calderze. Zawsze to lepiej niż śmierć.

– Skąd ty to wszystko wiesz?

– Mam swoich ludzi wszędzie. Wiedziałem gdzie jest, kiedy jest nawet wiedziałem, kiedy idzie się odlać, ale nie ryzykowałem ataku na miasto. Nie chciałem nikogo narażać. Poza tym Hanko był dobrym wojownikiem. Mógł bez problemu zabić kogoś niedoświadczonego.

– A propo dziękuję, że mi pomogłeś. Gdyby nie ty już bym nie żył – podziękował Bezimienny schylając głowę

– Nie ma sprawy. Teraz chce pogadać o sprawie, w jakiej cię tutaj wezwałem – Ali zmienił temat

– A no tak rzeczywiście. Z tego wszystkiego zapomniałem. O co chodzi?

– Chce byś popłynął z nami na tym statku inkwizycji jako taki pośrednik między nami, a tymi zakonnikami – wyjaśnił sprawę pirat

– No dobrze! Oczywiście Patty i Jaffar może płynąć ze mną?

– Nie widzę ku temu żadnych przeciwwskazań – powiedział kapitan patrząc w stronę lasu skąd wyszła właśnie jego kompania. Na jej czele szedł lekko siwy pirat, który widocznie był zastępcą kapitana lub coś w tym stylu. Ruszyli całą grupą do miasta. Przeszli przez bramę bez problemu. Bezimiennemu chciało się śmiać gdy zobaczył miny zwykłych mieszkańców Caldery. Czegoś takiego chyba się nie spodziewali. Jedna kobieta nawet zaczęła krzyczeć, że miasto oblega armia zła, jednak uspokoił ją pewien wojownik inkwizycji. Cała kompania piratów przewaliła się przez miasto, aż do posterunku komendanta, który już na nich czekał. Czarnowłosy odłączył się już jakiś czas temu od nich, lecąc co sił w nogach do karczmy. Wbiegł przez drzwi, przewracając się przy tym.

– Patty! Jedziemy na Antiguę! – krzyczał podnosząc się z podłogi

– Jak to?

– Ali płynie tam i możemy zabrać się z nim – wytłumaczył ledwo łapiąc oddech

– Naprawdę to wspaniale! – powiedziała rzucając się przyjacielowi na szyję

– Dobrze, dobrze, ale już chodź, bo oni za chwilę odpływają. W tym momencie do knajpy wpadł zdyszany gnom, który nie mógł nadążyć za biegnącym przyjacielem. Piratka w pośpiechu zapłaciła Howardowi rachunek i wyszła z karczmy nie chcąc spóźnić się na statek. Bezimienny widząc jak zmęczony jest Jaffar, wziął go na ręce i poszedł za przyjaciółką. Po kilku minutach przybyli do portu, gdzie było widać w pełnej krasie statek inkwizycji zwany „Święty Płomieniem”. Wtedy już powolnym krokiem weszli na pokład. Gość z opaską na oku od razu spostrzegł, że na pokładzie znajduje się kilku wojowników zakonu. Po kilku minutach statek został odkotwiczony i ruszył w długi rejs ku Antigui zwanej także wyspą piratów. Patty cieszyła się z tego tak bardzo, że pocałowała Bezimiennego. Całowali się długo, namiętnie i całowali by się dalej gdyby nie Jaffar, który akurat miał ochotę opowiedzieć swoją kolejną historie. A opowiadał ją aż do portu na Antigui, gdzie przeżył swoją kolejną godną opowiedzenia historię.

Dodaj komentarz