Bezimienny

W karczmie „Grubego Howarda” zawsze panował tłok o tej porze. Kiedyś ta knajpa nazywała się „Stalowa Broda” na cześć znanego pirata, jednak odkąd inkwizycja zaczęła panować na Calderze, nazwę zmieniono. Kelnerka Silly, piękna blondynka o niebieskich oczach, miała dziś pełne ręce roboty. Było już po zmroku, więc ludzie zaczęli tu walić drzwiami i oknami. Jedni przychodzili by się w spokoju napić się alkoholu po ciężkim dniu, inni by zacieśnić znajomości z przedstawicielami tej samej lub przeciwnej płci. Była też garstka osób, którzy przychodzili tylko po to by szukać zaczepki. Jednym z nich był Hanko, który właśnie wszedł przez frontowe drzwi. Był łysy, wysoki, a jego wzrok wzbudzał strach. Miał na twarzy potężną szramę idącą od łuku brwiowego nad prawym okiem przez cały policzek. Na swoim koncie posiadał kilka kradzieży, pobić i nawet siedział w więzieniu, dlatego też wszyscy woleli z nim po prostu nie zaczynać.

– Howardzie karczmarzu piwa nalej – od drzwi krzyczał Hanko

– A pieniądze są?

– Zaskoczę cię! Dziś są! – powiedział dziwnym nawet jak dla niego uśmiechem

– Pewnie kradzione jak zawsze

– Nie twój zakichany interes czy kradzione czy nie! Daj piwo!

– Silly podejdź no tutaj – Howard widać nie miał ochoty obsługiwać klienta – podaj mu piwo

Silly gdy zobaczyła Hanko nie była zadowolona. „Jak zawsze będzie się do mnie przystawiał” pomyślała w duchu. W dodatku gdy do niego podeszła, poczuła, że jest już dosyć mocno wstawiony

– No chodź tu Silly nie wstydź się – powiedział Hanko lekko dotykając kelnerkę

– Bierz te ręce! – krzyknęła Silly

– Oj Silly nie udawaj że nie chcesz się zabawić – rzekł z szyderczym uśmiechem na twarzy

– Jak chcesz się zabawić to zamtuz 5 drzwi dalej, brzydalu – Silly dobrze wiedziała jaką ma obsesje na punkcie swojej szpecącej szramy

Wtedy Hanko wstał, chwycił kelnerkę za ręce, wywalając przy tym piwa, które niosła na tacce

– Jak śmiesz się do mnie tak odzywać?! Co?!

– Zostaw ją! – bandyta usłyszał nieznany mu głos za plecami. Obrócił się i zobaczył faceta w długich czarnych włosach, z przepaską na prawym oku, ubranego w lekko potarganą koszulę, która najprawdopodobniej była kiedyś biała i stare spodnie mające gdzieniegdzie kilka dziur

– A kim ty jesteś, że chcesz mi mówić co mam robić, a co nie?! – rzekł ze złością w głosie

– Zostaw ją bo inaczej ta szrama na buzi niebezpiecznie ci się powiększy

– Szrama?! – uśmiechnął się perfidnie puszczając Silly – A wiesz kto ją mi zrobił? Twoi kamraci pieprzony piracie.

– Nie jestem piratem.

– To w takim razie po co nosisz opaskę na oku co?!

– Po to by pytali się o to takie głupki jak ty.

To dla Hanka było za dużo. Postanowił ukarać delikwenta. Wziął potężny zamach, jednak człowiek z opaską na oku zrozumiał intencje. Zrobił szybki unik i wymierzył cios trafiając przeciwnika tuż nad prawym okiem. To jeszcze bardziej rozwścieczyło bandytę. Uderzył jeszcze raz, ale tym razem jego przeciwnik chwycił jego rękę, wykręcił ją powalając Hanko na kolana. Na koniec zadał jeszcze cios pięścią w twarz co zakończyło definitywnie tą walkę. Wtedy podszedł do leżącego i powiedział

– Jeśli jeszcze raz tkniesz jakąś kobietę na Calderze bez jej zgody, to wrócę i cię zabije.

Hanko tylko coś odburknął. Na pewno był zdziwiony, że ktoś był w stanie się mu przeciwstawić i jeszcze go dobić. „To wszystko przez ten rum – pomyślał pobity – ale jeszcze się mu odwdzięczę”.

Wstał, otrzepał się i usiadł grzecznie przy stoliku. Tymczasem zwycięzca bijatyki podszedł do Silly

– Nic ci nie jest? – zapytał poszkodowanej

– Nie, dziękuję, że mi pomogłeś

– Nie ma sprawy

– Czy mogę się jakoś odwdzięczyć?

– Tak. Przynieś jeszcze jedno piwo i butelkę rumu do mojego stolika – rzekł czarnowłosy i odszedł od Silly w kierunku swojego miejsca, przy którym siedziała kobieta o kruczoczarnych włosach.

– Popatrz Patty, czasy takie ciężkie, a takich drani nie brakuje – powiedział siadając na krześle

– Życie jest ciężkie to i ludzie robią się gorsi

– Dobra wracając do rozmowy. Chcesz powiedzieć, że dalej szukasz ojca?

– Tak nadal nie mogę go znaleźć – powiedziała cicho spuszczając głowę

– Minęło tyle lat. Może już nie żyje.

– Niemożliwe! Skoro go przez tyle lat nie powiesili, to już go nie powieszą. Złego bagielce nie biorą.

– No dobrze. To jak myślisz gdzie on teraz jest? – ton mężczyzny stawał się coraz bardziej poważny

– Szukałam go długo, byłam na wielu wyspach, pytałam się o niego. W końcu natrafiłam na jego ślad na jednej małej wysepce. Pewien pirat powiedział, że kapitan Stalowobrody jest na Antigui ale nie był pewien czy nadal tam przebywa.

– Więc co robisz tu na Calderze? – spytał spoglądając na idącą właśnie kelnerkę.

– Statek, którym płynęłam został zaatakowany przez jakiegoś potwora, który rozwalił go w drobny mak. I właśnie wtedy znalazłeś mnie na plaży.

W tym momencie przyszła właśnie Silly niosąca złocisty trunek i butelkę rumu

– Proszę bardzo – z uśmiechem powiedziała kelnerka – piwo rum na koszt firmy

– Dziękujemy – powiedział ochrypłym głosem czarnowłosy

– Służę pomocą – odpowiedziała kelnerka spoglądając zalotnie na mężczyznę

– Chyba wpadłeś jej w oko – powiedziała Patty po chwili

– Mniejsza z tym. Możesz mi powiedzieć jak tu przypłynęłaś? – zapytał nie przejmując się słowami rozmówczyni

– No jak? Normalnie. Statkiem

– To ja wiem ale z kim? – pytał dalej nie dając się zbić z tropu

– Aaa o to ci chodzi. Nie wydasz mnie chyba inkwizycji?

– Tak, już lecę. – powiedział z lekkim uśmieszkiem – mów śmiało

– Przywieźli mnie piraci

– Piraci tak? A czy oni tu dalej są?

– Jeśli, któryś z nich przeżył to tak. A czemu pytasz? – zapytała pociągając łyka z butelki

Bezimienny oparł się o stół i zaczął mówić ciszej

– Muszę ich znaleźć

– A cóż to? Czyżby zaszli ci za skórę?

– Nie po prostu dostałem zadanie od inkwizycji – mężczyzna postanowił być szczery

– Od inkwizycji? I myślisz, że ci teraz pomogę? – Patty nie kryła drwiny

– Oni są w kropce więc żadnemu piratowi nic nie zrobią

– To po co ich szukają?

– Bo podobno piraci znają sposób na bezpieczne pływanie po tych mrocznych wodach – Bezimienny popatrzył przyjaciółce prosto w oczy

– No może i znają, i co z tego?

– A to z tego, że inkwizycja go nie zna a żywność się kończy – powiedział spokojnie popijając z kufla piwo

– Aha i ty masz ich znaleźć?

– No tak jakoś wyszło – odpowiedział spokojnym zachrypniętym głosem, stawiając pusty kufel na stole

– Znowu siedzisz w tym po uszy co? No dobrze pomogę ci ale i ja potrzebuję pomocy – powiedziała powoli pijąc rum z butelki

– O co chodzi?

– Wiesz nie mam za bardzo ochoty spać w tej karczmie, ani tym bardziej wydawać tu pieniędzy…

– Możesz spać u mnie – od razu zrozumiał o co jej chodzi

– Naprawdę? Dzięki! A gdzie mieszkasz?

– Jak wyjdziesz z karczmy to drugie drzwi po prawej

– Dobrze to ja już pójdę, bo jestem zmęczona – rzekła dopijając butelkę rumu

– Dobrze idź

– A ty nie idziesz? – zapytała zdziwiona

– Nie. Ja tu…. jeszcze posiedzę na chwilę

– W porządku – powiedziała Patty i wyszła z karczmy

Następnego dnia rano, był piękny słoneczny dzień. Patty budząc się zauważyła, że jej znajomego nie ma w domu. „Ciekawe kiedy wyszedł, chociaż nie pamiętam też kiedy przyszedł, – pomyślała kobieta – ale mniejsza z tym”. Wstała, sprawdziła czy jej ubrania wyschły, ubrała się i postanowiła iść zjeść coś porządnego. Wyszła przed dom, gdzie od razu zauważyła kogoś leżącego przed knajpą. Był to Bezimienny, leżący oparty o ścianę; miał spuszczoną głowę.

– Ej wstajemy kamracie! – krzyknęła pirackim głosem Patty

– Patty to ty? – wymamrotał czarnowłosy

– Tak to ja. Czemu śpisz tutaj a nie… i czemu jesteś cały poobijany? – zauważyła, że ma podbite oko

– Powiedzmy że nie mam ochoty o tym gadać… ooo moja głowa… jak boli – westchnął

– To trzeba było więcej pić. Rany jak ty wyglądasz? Chodź musisz się jakoś ogarnąć – Widok rzeczywiście cudowny nie był. Facet był na kacu, do tego miał podartą koszulę, rozrzucone włosy i był cały poobijany. Patty wzięła go pod pachę i pomogła mu dojść do domu. Położyła go na łóżku a ze swojej torby wyciągnęła jakąś miksturę.

– Trzymaj to ci pomoże

– Co to jest?

– Wywar z kapelusza wróżki, najlepszy na kaca

– Dzięki – powiedział i wypił. Skrzywił się trochę przy tym, ale widać było, że mu się polepszyło

– Kwaśne, ale od razu lepiej

– Teraz ubierz się w coś porządnego

– Poczekaj, poszukam czegoś – rzekł otwierając skrzynię. Była tam koszula, która także była już lekko niezdatna do użycia. Czarnowłosy jednak nie przejmował się tym. Ubrał ją i pogładził, po czym stwierdził, że nie jest tak źle.

– Dobra, a teraz chodź! – powiedziała tonem zatwardziałego pirata

– Gdzie?

– Najpierw pojdziemy coś zjeść, a potem idziemy szukać piratów. Nie chce marnować czasu wiedząc, że już niedaleko jest mój ojciec – odparła wypinając pierś do przodu

– No tak rzeczywiście. Patty?

– No co?

– Wyglądasz dzisiaj ciut inaczej niż wczoraj.

– Mam nadzieję, że lepiej niż wczoraj – powiedziała z uśmiechem na twarzy

– Tak dużo lepiej – Bezimienny także odwzajemnił uśmiech – Chodźmy!

Rzeczywiście Patty wyglądała w tego dnia dużo lepiej niż poprzedniego. W karczmie była ubrana tylko w jakąś szarą koszulę, pirackie, brązowe spodnie i buty wysokie ponad kostkę. Na drugi dzień wyglądała już całkiem inaczej. Miała na sobie czystą białą koszulę, którą założyła pod czarną marynarkę, czerwone spodnie, czarne buty do kolan no i chyba najważniejsze – piracką chustę na głowie spod której wystawały kruczoczarne włosy. W tym stroju wyglądała jak prawdziwa piratka o ile takie słowo w ogóle istnieje. Udali się do karczmy, gdzie pospiesznie zjedli grochówkę (tylko to Howard miał na stanie). W końcu, gdy się najedli, wyruszyli. Poszli na plażę, na której spotkali się ostatnim razem, szli brzegiem, a następnie weszli do lasu. Wtedy zaczęło się robić trudniej.

– Uważaj małpiak! – zakrzyknęła Patty jednocześnie wyjmując piracki kordelas. Klinga świsnęła w powietrzu tnąc bestię i zabijając ją. Jej towarzysz nawet nie drgnął. Nie mógł wyjść ze zdziwienia z jaką szybkością, perfekcją i gracją Patty potrafi posługiwać się mieczem. „Chyba wyszedłem już z prawy” pomyślał w duchu.

– I co tak stoisz nigdy nie widziałeś kobiety w akcji? Nawet mi nie pomogłeś szczurze lądowy – powiedziała ze złością, gdyż Bezimienny nawet jej nie pomógł

– Patty powiedz mi gdzie nauczyłaś się tak walczyć?

– Powiem ci, ale nikomu tego nie mów – powiedziała szeptem – jestem córką PIRATA – wyszeptała i zaczęła się śmiać. Bezimiennemu było wstyd. Dobrze wiedział, że nie potrafi walczyć tak jak kiedyś, że zapomniał, że stał się gorszy.

– Możesz mi odpowiedzieć na jedno pytanie – zapytała Patty po dłuższej chwili ciszy – dlaczego pijesz? Sprawia ci to przyjemność, czujesz się lepiej? – kontynuowała nie czekając na odpowiedź

– Czasem wypije kufel czy dwa

– Nie kłam! Gadałam z Howardem jak płaciłam – kobieta postanowiła być szczera

– Aha – czarnowłosy zamilkł na moment – Nie piję dla przyjemności. Piję by zapomnieć

– Zapomnieć co?

– Farangę, Mendozę, Tytana Ognia, wszystko – zaczął wyliczać spuszczając głowę

– O czym ty bredzisz? – Patty podniosła głos nie rozumiejąc o co chodzi

– I tak nie zrozumiesz – odrzekł podnosząc głowę – dość o mnie! Chodźmy!

Bezimienny miał rację, Patty i tak by nie zrozumiała, ponieważ większość ludzi na Farandze nie wiedziało co się stało w podziemnej świątyni. Nie wiedzieli, że został zabity Tytan Ognia co wywołało gniew innych tytanów. Ale Bezimienny nie chciał wracać do tego, chciał o tym zapomnieć. Tylko alkohol pomagał mu w tym. Szli dalej przez głęboki, przepiękny zielony las. Był on bardzo ładny, ale i równie niebezpieczny. Dotarli do polany gdzie czekała na nich kolejna niespodzianka. Potężny krab pancerzyk. Był już dorosły, długi gdzieś na 6 stóp a wysoki na 4. Nie bez powodu także w jego nazwie pojawia się słowo pancerz. Jego górna część była pokryta potężnym chitynowym pancerzem, niedającym się przebić. Czarnowłosy słyszał raz opowieść pewnego myśliwego o imieniu Roland, o tym jak pokonać tego potwora. Historia była trochę koloryzowana, jednak jedna rzecz była prawdą, kraba trzeba przewrócić, gdyż od dolnej strony nie ma już pancerza.

– Co my teraz zrobimy – spytała się Patty widząc potwora – z małpiakiem sobie poradziłam, ale z czymś takim?

– Nie martw się, mam pomysł, tylko daj mi na chwilę swój kordelas

Patty niechętnie wyjęła broń i dała ją mężczyźnie. Mężczyzna wziął miecz i zaczął iść w kierunku kraba, który niemal natychmiast go zobaczył. Mężczyzna postanowił poczekać na atak przeciwnika, zrobić szybki unik, kopnąć go i przewrócić do góry nogami – tak samo jak zrobił to Roland. Bestia zaatakowała, mężczyzna odskoczył i wymierzył potężnego kopniaka w gębę potwora. Spowodowało to przewrócenie kraba na plecy. Był teraz bezbronny i czarnowłosy to wykorzystał. Jednym sprawnym uderzeniem kordelasu, wbił ostrze w serce bestii. Patty otworzyła oczy i zobaczyła Bezimiennego stającego na odwróconym na pancerz krabie i swój miecz wbity w sam środek potwora.

– Nadal to potrafię! – krzyknął z uśmiechem wyciągając broń. Już dawno nie cieszył się tak bardzo. Myślał, że nie potrafi już trzymać miecza, tymczasem umiiał, jednak dobrze wiedział, że nie tak jak kiedyś. Zszedł z odwłoku i bezceremonialnie oddał piracką klingę właścicielce.

– No no pięknie kamracie – rzekła Patty chowając kordelas do pochwy – nie byłam pewna czy wyjdziesz cało z tej walki

– Może nie jestem taki jak kiedyś, ale radzę sobie – powiedział uśmiechając się – chodźmy dalej. Poszli więc zostawiając zwłoki kraba, którego już za chwilę rozszarpywały wilki. Podążali dalej przez głęboki las, gdy nagle usłyszeli głosy. Głosy, a raczej krzyki należały najpewniej do piratów, gdyż były ochrypłe i przeplatane najgorszymi przekleństwami jakie tylko wymyślił człowiek. Udali się w tym kierunku i w niedługim czasie zobaczyli czterech przedstawicieli wymienionej wyżej frakcji grających w karty.

– Kareta! Ha! I co teraz durny półgłówku?! – wykrzyczał jeden z nich mający niezwykle paskudną twarz

– Poker! – odrzekł zachowując spokój pirat mający już kilka siwych włosów

– Co kurwa?! Jakim cudem?! – wydzierał się dalej ten pierwszy waląc ręką w stół – przyznaj się oszukujesz!

– Nie oszukuje tylko ty nie umiesz grać idioto! – powiedział spokojnie trzeci z piratów popijając rum z butelki. W tym momencie podszedł do nich Bezimienny.

– Wybaczcie, że przerywam wam grę, ale szukam waszego kapitana.

– A widzisz go gdzieś tu? – odburknął ten brzydki, uderzając pięścią o stolik

– Szkaradny, zamknij się – starszy podniósł ton – a wy kim jesteście, że szukacie kapitana hę?

– Mamy do niego sprawę – wtrąciła się Patty – chcemy dostać się na Antiguę

– Dobra. Wpuszczę was jeśli wiecie jak kapitan ma na imię – powiedział lekko siwy i pociągnął łyka z butelki. Bezimienny spojrzał lekko przestraszony na swoją towarzyszkę.

– Ali – bez większego namysłu odpowiedziała piratka

– Hehehe! Dobrze idźcie – powiedział pokazując ręką stronę w którą mają iść – Kapitan powinien gdzieś tam być. A wy co się gapicie? Rozdawać karty! Udali się, więc we wskazanym kierunku. Gdy tylko odeszli kłótnia między Szkaradnym, a resztą zaczęła się od nowa. Weszli do obozu, jeśli w ogóle można to nazwać obozem. Było tu kilka drewnianych domów wyglądając jak chaty drwali, parę ławek zrobionych z pni i bardzo dużo butelek po rumie. Na środku stał Ali, kapitan piratów. Miał na sobie sięgający kolan czarny płaszcz, spod którego wychodziły spodnie tego samego koloru, a na nogach miał buty wysokie ponad kostkę, będące tego samego koloru co reszta. Jedynie podwinięte rękawy i wewnętrzne klapy ubrania były koloru czerwonego. Jego twarz była całkiem „piracka”. Miał co najmniej tygodniowy zarost, tatuaże na obu policzkach i prawdopodobnie nie pochodził stąd gdyż miał ciemną karnację. Gdy zobaczył Patty uśmiechnął się:

– Patty ja nas znalazłaś? – rzekł podkładając pnia – siadaj. A ty co tak stoisz?! Już spadaj! – rozkazał patrząc na czarnowłosego.

– Ali on jest ze mną – wyjaśniła młoda piratka

– Oj! Wybacz chłopcze, ale po pierwsze wyglądasz jak jeden z moich ludzi, a po drugie nie wyglądasz na kogoś kto mógłby towarzyszyć Patty – rzekł kapitan z rozbrajającą szczerością – Daniello trzy butelki rumu przynieś – krzyknął do jednego ze swych chłopaków – a teraz powiedzcie co was sprowadza?

– Podobno wiesz jak pływać po tych wodach – towarzysz Patty postanowił nie owijać w bawełnę – to prawda?

– Owszem, prawda – potwierdził pirat

– W takim razie mógłbyś przekazać tą wiedzę komuś, komu na tej wiedzy bardzo zależy – jego głos był bardzo stanowczy

– Wiesz co? Nie wal mi tu kota w bambus ino mów co, gdzie i komu. Szczegóły!

– Inkwizycja zapłaci za wyjawienie sekretu żeglowania

– Koleś! Ty chyba sobie ze mnie jaja robisz. Ja mam wyjawić inkwizycji nasz największy sekret?! Hahaha! No toś mnie rozśmieszył – kapitan roześmiał się na cały głos

– Dobra w takim razie inaczej. Inkwizycja zapłaci za dostarczenie statku pełnego żywności z Antigui na Calderę – Bezimienny nie odpuszczał. Właśnie teraz przybiegł Daniello wraz z trzema flaszkami rumu.

– Trzymaj, napij się i nie pierdziel takich głupot – kapitan bez większych ceregieli otworzył flaszkę i pociągnął wielkiego łyka. Odczekał chwilę i kontynuował – człowieku! Mam dość własnych problemów. Mój statek zeżarł potwór, tak samo jak i skrzynie bez której kapitan mnie zabije, więc jeśli chcesz dalej mnie zachęcać, to daj sobie spokój.

– Inkwizycja da statek i dobrze zapłaci – gość z opaską na oku próbował dalej przekonywać go do swoich racji

– Weź mnie już nie wkurzaj bo zaraz wylecisz stąd na kopach. A najlepiej to idź stąd od razu, bo zaraz nie wytrzymam. Znalazł się pies zakonny – widać Ali nie miał nastroju. Bezimienny chciał jeszcze coś powiedzieć ale ugryzł się w język spoglądając na wkurzonego pirata. Wstał i zaczął iść w stronę, z której przyszedł. Obejrzał się tylko, ale Patty siedziała dalej. To zdenerwowało go jeszcze bardziej.

– Nie pójdziesz za nim? – zapytał kapitan kończąc butelkę

– Nie. I tak wiem gdzie będzie. W karczmie – uśmiechnęła się Patty i dopiła butelkę do końca.

Czarnowłosy szedł przez las nie oglądając się więcej. Po pewnym czasie chcąc dać upust swojej frustracji kopnął jakiegoś pniaka, który potoczył się kilka metrów. Nagle usłyszał cichutki głosik:

– Ma joqtolx! Nie zabijać! Nie zabijać!

Bezimienny cofnął się, odsunął krzak, za którym stał najzwyklejszy gnom. Jednak nie do końca był zwykły. Potrafił przecież mówić.

– Gnomie ty umiesz mówić? – Bezimienny nie wierzył własnym oczom

– Jaffar trochę umieć. Mało niedużo umieć.

– Co ty tu robisz?

– Jaffar być skryty. Jaffar bać się duży ptak.

Mężczyzna rozejrzał się i zobaczył o co chodzi. Jakieś 20 metrów dalej stał sęp morski.

– Poczekaj tu! Zabije go! – rzekł do gnoma wyciągając broń. Jego miecz nie należał do najokazalszych. Była to po prostu maczeta, w dodatku lekko zardzewiała. Czarnowłosy zaczął iść w kierunku potwora. Sęp, jak to sęp nie wiele myśląc rzucił się na człowieka. Bezimienny, pamiętał jak się walczy z sępami. Poczekał aż podejdzie wystarczają blisko i zaatakował przeciwnika. Zawiódł go jednak refleks. Sęp zdążył dziobnąć go w ramię, z którego zaczęła lecieć krew. Maczeta tymczasem wbiła się w potwora, który wywrócił się. Mężczyzna sprawnym uderzeniem odciął mu głowę. „Niech to szlag, pieprzony sęp” – pomyślał zaciskając zęby. Popatrzył na rękę; była cała we krwi.

– Hekk, hekk, hekk. Wielki ptak nie żyje – wykrzyczał gnom swym cieniutkim głosikiem – Jaffar dziękować, dziękować – zaczął przy tym bić pokłony.

– Dobrze dobrze. Jaffar, tak masz na imię?

– Hekk znaczy tak – wypiszczał gnom

– Dobrze. Tak więc Jaffar możesz już iść.

– Ale czemu? Ja chcieć być z człowiekiem

– Chcesz iść ze mną? – Bezimienny nie wierzył własnym uszom

– Hekk. Człowiek zabijać potwory, Jaffar być zadowolony

– No dobra to chodź – mężczyzna był zdziwiony, ale nie chciało mu się odmawiać gnomowi. Tym bardziej, że rana bolała jak diabli. Udali się w kierunku miasta. Jaffar wyglądał jak tradycyjny przedstawiciel swojego gatunku. Był ubrany w strój zrobiony ze skóry jakiegoś zwierzęcia. Na ubraniu tym przyszyta była niezliczona ilość kieszeni, sakiewek, torebek i innych różnych rzeczy, w których można cokolwiek schować. Dodatkowo na plecach nosił skórzaną torbę, a na głowie miał czarny kapelusz z wbitym do niego białym piórem jakiegoś ptaka. Poza tym był najbardziej gnomowatym gnomem na świecie. Miał dosyć długie ręce i krótkie nogi. Jedynym wyróżniającą cechą było to, że był niesamowicie gadatliwy. Mimo iż mowa ludzka sprawiała mu nie lada trudności to opowiadał Bezimiennemu swoje niesamowite historie.

– Jaffar kiedyś chodzić po… hmmm wielka ziemia piaskowa wchodząca w woda – gnom nie potrafił się wysłowić

– Po plaży – ranny zrozumiał o co chodzi

– Hekk i Jaffar znaleźć wielka skrzynia, w która być okrągła złoto i złoty broń i ja wziąć co tylko móc i szybko uciec no a potem… – Jaffar kontynuował swą opowieść przez całą drogę do miasta. Gdy zaś do niego dotarli, Czarnowłosy szybko udał się do „Grubego Howarda”

– A cóż to? Miałeś bliskie spotkanie ze ścierwem? – od drzwi przywitał go właściciel karczmy.

– Nie uśmiechaj się ino daj mi bandaże – z bólem wybełkotał Bezimienny

– Jeszcze mi za ostatnie trzy piwa mi nie zapłaciłeś a już chcesz bandaże na kreskę?

– Dobrze wiesz że nie mam pieniędzy. Daj mi ten bandaże albo sam je sobie wezmę!

– Jaffar mieć pieniądze – ni stąd ni zowąd wypiszczał zapomniany gnom wyciągając ze swych milionowych kieszeni kilka złotych monet. Howard nie mógł uwierzyć własnym oczom, Pierwszy raz w życiu zobaczył gnoma, który gadał i jeszcze chciał za kogoś płacić

– Skąd ty go wytrzasnąłeś? – zapytał karczmarz z otwartymi ustami

– To mój przyjaciel – odpowiedział blady już Bezimienny – teraz daj te cholerne bandaże! Howard poszedł po nie szybko przebierając swoimi krótkimi nóżkami.

– Dziękuje Jaffar. Nie musiałeś tego robić

– Jaffar lubić człowieka! – powiedział cieniutkim głosem gnom

– Ja ciebie też przyjacielu – Bezimienny chyba nigdy nie myślał, że będzie gadać z gnomem, a tym bardziej że będzie go lubił. Tak, czarnowłosy lubił go, nawet bardzo. Ale jeszcze bardziej polubił go kilka godzin później.

– Trzymaj te bandaże – karczmarz w końcu przyszedł

– Wielkie dzięki, mogłeś się tak nie spieszyć, przecież nie umieram – z ironią rzekł Bezimienny biorąc bandaże. Opatrzył dokładnie ranę, sycząc niejednokrotnie przy tym z bólu.

– Nalej mi piwa, a ty chcesz coś Jaffar? – zapytał się swojego małego przyjaciela?

– Ale co? – gnom nie do końca wiedział o co chodzi.

– No chcesz coś zjeść, napić się – odpowiedział Bezimienny pokazując na barmana – ten gość ci przyniesie to co chcesz.

– To Jaffar chcieć woda – odrzekł wprawiając w śmiech barmana

– I co się śmiejesz? Masz tu natychmiast przynieść wodę dla mojego przyjaciela Jaffara! – rozkazująco powiedział czarnowłosy. Karczmarz chcąc nie chcąc poszedł po piwo i wodę. Gdy wrócił Bezimienny zadał pytanie.

– Howard ty jesteś mądrym człowiekiem, powiedz mi jak mam przekonać piratów by pomogli inkwizycji?

– Musiałbyś mieć coś za co zrobią wszystko nawet coś takiego jak zbratanie się z ich największym wrogiem – bez większego namysłu odrzekł barman

– Super tylko co takiego? – zapytał retorycznie popijając piwo. Mężczyzna wziął piwo i odszedł do stolika Tymczasem Jaffar zaczął ponownie swoją opowieść o własnych przeżyciach. Opowiadał je aż do wieczora gdy nagle w głowie czarnowłosego coś zaświtało.

– Jaffar! Pamiętasz jak opowiadałeś mi o skrzyni?

– Hekk – odpowiedział gnom

– Kiedy to było? – zadał kolejne pytanie

– Nie dziś tylko przeddziś – próbował wysłowić się Jaffar

– Dobrze. Gdzie to było?

– Tam gdzie… piaszczysta ziemia wchodzi do morze

– No dobra – Bezimienny wiedział, że chodzi o plażę – a mógłbyś mnie tam zaprowadzić?

– Ja trochu zapomnieć, ale może potrafić, tylko słońce musieć świecić – Jaffar nie umiał perfekcyjnie mówić po ludzku, więc opisywał słowa, których nie znał odpowiedników w ludzkim języku. Rozmówca gnoma dopiero teraz spostrzegł, że jest już ciemno.

– Niech to szlag! – zaklął pod nosem czarnowłosy – no dobrze, to pójdziemy rano. Postanowił przy okazji więcej nie pić by nie mieć jutro kaca i czasem nie zapomnieć o tym pomyśle. Zapłacił za piwo pieniędzmi Jaffara i wyszedł z karczmy biorąc gnoma ze sobą. Udali się razem do domu, gdzie położyli się w jednym łóżku. Przyjaciel Bezimiennego usnął bez problemu, czego nie można powiedzieć o nim samym. Przewracał się z boku na bok myśląc czy jego idea się powiedzie. W dodatku w zaśnięciu przeszkadzała mu rana, która co rusz odzywała się bólem. Po kilku długich godzinach zasnął.

Mężczyzna usnął późno, dlatego spał jak zabity gdy słońce wstało, w przeciwieństwie do Jaffara. Gnom obudził się niemal równocześnie z jutrzenką i wstał z łóżka. Postanowił nie budzić swojego pana, co jednak mu się nie udało. Stało się tak dlatego, gdyż gdy wstawał, potknął się o buty człowieka i uderzył o krzesło, które z hukiem spadło na ziemię. Mężczyzna wstał na równe nogi i zobaczył przestraszonego gnoma, stojącego na środku pokoju.

– Jaffar! Co ty robisz tak wczas – powiedział ziewając i spoglądając przez okno – przecież dopiero jest rano

– Jaffar zawsze wstawać gdy słońce pojawiać się – wyjaśnił gnom

– Super – odpowiedział Bezimienny uśmiechając się sam do siebie. „Mam w domu gnoma który wstaje równo ze wschodem słońca” pomyślał sobie – no dobrze napije się tylko zjem coś i idziemy dobrze?

– Hekk – odpiszczał gnom. Mężczyzna ubrał się, wypił wodę, którą miał w misce dzieląc się na pół z Jaffarem. Następnie poszli do knajpy coś zjeść.

– Powiedz mi Jaffar co ty w ogóle jesz? – zapytał się czarnowłosy

– Jaffar jeść trawa, ale nie zwykła trawa tylko niektóra z trawa… taka jak haxix li tfieq, fragranti gheruq – próbował wyjaśnić gnom

– Tak wiem co to za trawy – z uśmiechem odpowiedział mężczyzna – ale ty masz trudny do wypowiedzenia język

– On być łatwyjszy niż język człowieków

– Tak masz rację, ale Jaffar ty nic od wczoraj nie jadłeś. Nie jesteś głodny?

– Jaffar jeść tylko raz gdy słońce być… być Oghla fil-sema… wysoko bardzo – gnom nie potrafił znaleźć ludzkiego odpowiednika słowa

– Widzisz to ludzie są głupi, bo oni jedzą trzy razy na dzień – powiedział patrząc na gnoma i uśmiechając się. Zauważył przy tym, że odkąd spotkał Jaffara zaczął się częściej uśmiechać. Weszli razem do karczmy, gdzie mężczyzna zamówił kurczaka w sosie „pirackim”, 2 kromki chleba, i kufel piwa. Przy okazji spytał się też Jaffara czy może wydać jeszcze trochę jego pieniędzy.

– Hekk. Jaffar wziąć se ze skrzynia do której my iść – odpowiedział swoim jak zawsze cieniutkim głosikiem gnom. W tym czasie do knajpy wszedł Hanko. Rozglądnął się po sali i dostrzegł znajomą mu czarnowłosą postać z opaską na oku.

– Jak tam? Gęba już ci się wygoiła od ostatniego razu? Może tak trzeba poprawić – krzyczał od drzwi – a co to za karzełka masz co? – powiedział chwytając Jaffara za kark

– Zostaw go Hanko! – powiedział groźnie Bezimienny

– Albo co?

– Albo dostaniesz w tą brzydką mordę! – krzyknął mężczyzna wstając. Dziś także się go bał, ale nie mógł pozwolić na to by jego małemu przyjacielowi stała się krzywda. Doszłoby do bitki gdyby nie wtrącił się Howard

– Stać! Nie będzie tu żadnych bijatyk! – wziął Hanko na bok i kazał mu usiąść – siadaj tu dostaniesz piwo i się ciesz! Hanko usiadł, łypnął okiem na niedoszłego przeciwnika bitki i odwrócił się. Bezimienny szybko dojadł, zapłacił i wyszedł.

– Jaffar teraz prowadź! – powiedział do gnoma donośnym głosem

– Hekk do skrzynia! – pisknął Jaffar i poszli. Podążali przez miasto, pola, wysokie trawy, lasy i dotarli do tego miejsca gdzie spotkali się po raz pierwszy, tam gdzie czarnowłosy zabił sępa.

– Jaffar po co tu przyszliśmy? – zapytał Bezimienny

– Jaffar wiedzieć gdzie iść tylko stąd – odpowiedział gnom rozglądając się uważnie – tam! – powiedział wskazując swą ręką kierunek. I poszli w tym kierunku. Mały przyjaciel człowieka był przekonany, że idą w dobrą stronę, szedł z podniesioną głową, pewnym jak na gnoma krokiem. Szedł prosto, nie skręcał w bok. Opowiadał przy tym swoje dalsze przygody. Ciekawe było to, że Jaffar doskonale pamiętał , w którym miejscu skończył ostatnią opowieść i kontynuował właśnie od tego momentu. Początkowo czarnowłosy uważał, że jego towarzysz wie co robi, jednak im dłużej szli, tym bardziej tracił pewność. Szli bardzo długo, słońce przeszło już w zenit i wtedy Bezimienny zauważył, że gnom zaczął zbierać trawy, głównie rośliny lecznicze – to być haxix li tfieq – wyjaśnił gnom zjadając ze smakiem. Jaffar szedł dalej co chwila schylając się i zbierając rośliny. Po drodze napotkali ciało jakiegoś nieszczęśnika, który najprawdopodobniej został pożarty przez świerszcza bojowego. Gdy gnom tylko go zobaczył natychmiast ku niemu ruszył.

– Jaffar co ty robisz? – zapytał mężczyzna

– Jaffar brać to co już człowieku być niepotrzebne – wyjaśnił przeszukując starą potarganą kurtkę i wyciągając z niej kilka złotych monet oraz list.

– Daj mi to – powiedział człowiek biorąc list z ręki jego małego przyjaciela. Czarnowłosy zaczął czytać na głos:

Do Kapitana Zakonu Inkwizycji na wyspie Caldera!

Melduję, iż podczas wykonywania zleconego mi zadania dotarłem do kryjówki pirata, którego nazywają Stalowobrodym. Znajduje się ona na Antigui. Dowiedziałem się też w jaki sposób piraci pływają po mrocznych wodach. Sposób ten jednak jest zbyt długi by go opisać w liście, dlatego gdy tylko przyślesz dodatkowe oddziały na Antiguę, wsiądę na statek i przypłynę do Caldery gdzie będę chciał z tobą osobiście porozmawiać. Tą wiadomość przyniesie mój zaufany posłaniec. Zna hasło.

Z poważaniem

William

– Dobrze, że dopadł go świerszcz, a nie piraci – rzekł mężczyzna targając list na drobne kawałki

– Czemu ty tak robić? – zapytał zaskoczony gnom

– Po prostu lepiej żeby nikt tego nie widział; ani inkwizycja ani piraci. A teraz chodź bo inaczej nigdy nie dojdziemy do tej skrzyni – powiedział pokazując Jaffarowi by szedł dalej. I poszli dalej klucząc pomiędzy drzewami następną godzinę. Gdy wychodzili z lasu na plaże czarnowłosy nie wytrzymał.

– Ty jesteś pewien, że dobrze idziemy?

– Hekk – bez namysłu odpowiedział gnom

– A długo jeszcze będziemy szli?

– Mhux – odpowiedział kręcąc przecząco głową

– To gdzie jest ta skrzynia? – Bezimienny robił się coraz bardziej nerwowy. W tym momencie Jaffar stanął wskazując ręką skały wystające z morza

– Tam być skrzynia za tamte kamienie – powiedział gnom. Mężczyzna nie odpowiedział nic. Zaczął biegnąć w tamtym kierunku. Gdy już dobiegł zobaczył skrzynię, upragnioną skrzynię, która mogła pozwolić wykonać mu zadanie.

– Dobrze, że jest otwarta – ucieszył się na widok leżącej na ziemi kłódki.

– Skrzynia nie być otwarta. Jaffar otworzyć skrzynia kiedyś.

– Ty umiesz włamywać się do skrzyń? – zapytał zdziwiony

– Włamywać? To być niedobre słowo. Jaffar otwierać skrzynia – powiedział uśmiechnięty do ucha do ucha

– No dobrze – rzekł Bezimienny otwierając kufer. Zobaczył on w środku coś czego nigdy wcześniej nie widział. Był wypełniony po brzegi złotymi monetami, a pomiędzy nimi dostrzegł coś jeszcze. Znajdował się tam kordelas ze złotą rękojeścią, na którym wyryte były trzy litery G, E, S. Obok miecza leżał pistolet, tym razem nie złoty, tylko wykonany z drewna i metalu. Mężczyzna był pewien, że ta skrzynia należy do piratów. Był też pewien, że jest to skrzynia, którą „zgubił” Ali i jego załoga. Nie wiedział tylko czy piraci przystaną na jego warunki, ale miał już asa w rękawie. Teraz miał jednak dylemat. Gdzie schować tymczasowo skrzynie? Do miasta nie mógł jej wziąć – „jeszcze mi ją ktoś ukradnie” – pomyślał w duchu. Piratom na razie nie chciał jej oddać.

– Gdzie ja mam ją teraz ukryć? – powiedział zamyślony na głos

– W kryjówka – odrzekł mu gnom

– Ale w jakiej?

– W jaskinia która być kilka stopów stąd ale człowiek musieć zabić bestia – wyjaśnił gnom kładąc nacisk na słowo „Bestia”

– Co to za bestia? – zapytał mężczyzna

– W jaskinia spać… no bestia, on mieć dużo ręce i dużo zęby. On spać jak być jasno. On się nie spać gdy być ciemno – próbował wyjaśnić gnom

– Gdzie jest ta grota? – zapytał człowiek

– On być tam. Jaffar iść tam, a człowiek iść za Jaffara.

– Dobra chodźmy – rzekł Bezimienny biorąc skrzynie. Udali się więc w stronę owej jaskini. Podążali po plaży. Nagle Jaffar zatrzymał się.

– Teraz musieć być cicho. Potwór nie móc wstać – szeptał gnom, który i tak zawsze mówi cicho. Mężczyzna zaczął poruszać się powoli i cicho. Położył skrzynie by zobaczyć co to za potwór. Przestraszył się gdy się dowiedział. W jaskini spał najprawdziwszy popiołak. Czarnowłosy dobrze wiedział, że nie poradzi sobie z tą bestią, gdyby się obudziła. Wiedział jednak, od tego samego gościa, który opowiadał jak zabić kraba, że te potwory mają niezwykle twardy sen. Nie wolno go jednak dotknąć, bo wtedy budzi się, staje się wściekły i niebezpieczny. Bezimienny rozglądnął się, ocenił czy jest wystarczająco miejsca by przejść, podniósł skrzynię i zaczął iść. Szedł powoli, uważając na kroki, jego serce biło jak szalone ze strachu, wiedział, że, jeśli potwór się obudzi, zginie. Przechodził koło popiołaka, był przestraszony, bardzo przestraszony. Przeszedł koło niego i ostrożnie położył skrzynkę kilka kroków dalej. Kufer jednak wyślizgnął się mu z rąk robiąc dosyć duży hałas. Mężczyzna odwrócił się. Na szczęście potwór ani drgnął. Odetchnął ze spokojem. Rozejrzał się po grocie. Od razu było widać, że jest to kryjówka gnomów. Było tu pełno różnych rupieci od kielichów po garnki. Nawet butelka z niedopitym rumem znalazła się tu. Bezimienny uśmiechnął się. Następnie pomału, nawet pomalej niż przedtem wyszedł z jaskini. Jaffar ucieszył się widząc go żywego.

– Jaffar myśleć, że potwór zabić ludzia – powiedział cichutko gnom.

– Mnie nie jest łatwo zabić – rzekł Bezimienny z uśmiechem – a teraz chodź! Idziemy! – rozkazał pokazując palcem kierunek. Szli idąc po plaży, a następnie przez las. Mężczyzna szedł prosto do obozu piratów, a tymczasem Jaffar opowiadał mu historie ze swojego życia – niektóre śmieszne, niektóre tragiczne. Szli długo z powrotem, aż w końcu dotarli do siedziby piratów, która przywitała ich przekleństwami Szkaradnego. Mężczyzna nie pytał się o zgodę, szedł prosto do kapitana, ale zatrzymał go lekko siwawy pirat grający w pokera.

– A ty gdzie chłoptasiu co? – zapytał Czarnowłosego

– Do kapitana – odpowiedział nie patrząc na graczy

– A ktoś… aaa to ty. Nie poznałem cię, z początku, ale już pamiętam twoją nieogoloną gębę. Dobra idź! – powiedział rzucając asa pik na stół – dawaj Szkaradny. Czarnowłosy poszedł dalej nie zważając na bluzgi brzydkiego gościa, który nadal uważał, że wszyscy oszukują. Tak samo jak za poprzednim razem na środku obozu stał Ali z flaszką rumu. Był nawet tak samo ubrany. Gdy zobaczył jakiego jego obóz ma gościa, nie był zadowolony. „Znowu idzie pies inkwizycji. Ciekawe czego chce tym razem” pomyślał patrząc nie tyle na gościa co na jego małego towarzysza.

– Witaj Ali! – zakrzyknął Bezimienny wyciągając dłoń do powitania. Pirat jednak nie odwzajemnił gestu.

– Czego chcesz? I dlaczego idzie z tobą gnom? – zapytał kapitan

– Jaffar! Ja być Jaffar! – rzekł swym niezwykle piskliwym głosem gnom.

– Widział ty go! Jeszcze gada! – Ali był bardzo zaskoczony

– No co nigdy nie widziałeś gadającego gnoma? – zadał pytanie retoryczne człowiek z opaską na oku – przynoszę wieści.

– Co pewnie znowu będziesz mnie nakłaniał do interesów z inkwizycją? NIE! NIE! I jeszcze raz NIE! Nie zgadzam się – zaczął krzyczeć coraz głośniej

– Nawet jeśli mają waszą skrzynię, którą „zgubiliście” – Bezimienny z przekąsem wypowiedział ostatnie słowo.

– I ja ci mam uwierzyć?

– Nie chodzi o to czy mi wierzysz. Chodzi o to czy możesz sobie pozwolić by mi nie wierzyć – rzekł czarnowłosy wyciągając broń zabraną z kufra – fajna zabawka nie? – obrócił twarz do kapitana, który stał jak wryty.

– Skąd to masz?

– Zabrałem ze skrzyni by wam udowodnić, że zakonnicy mają wasz kufer – wyjaśnił mężczyzna

– I co w związku z tym?

– Powiem prosto z mostu. Kapitan Stalowobrody kazał wam przywieść skrzynię pełną złota, a także miecz z wyrytymi na nim jego inicjałami. Wy skrzynie straciliście. A jak wy to mówicie? „Słowo kapitana jest święte”? – tu Bezimienny zrobił efektowną pauzę – tak więc, kontynuując Carlos da wam skrzynie jeśli przywieziecie statek pełen żywności z Antigui na Calderę lub też powiecie w jaki sposób bezpiecznie żeglujecie

– Jaką mogę mieć tego pewność? – zapytał poważnie Ali

– Tylko słowo moje i Carlosa. Jedynie jeszcze Patty mogłaby by potwierdzić moją szczerość

– W to akurat nie wątpię. Patty opowiadał o tobie dużo dobrego. Lubi cię – rzekł kapitan spuszczając głowę.

– A propo. Gdzie ona jest? – zapytał rozglądając się

– Poszła cię szukać do miasta – wyjaśnił pirat – daj mi chwilę na zastanowienie. Muszę jeszcze pogadać z chłopakami. Muszą się zgodzić. – powiedział wstając

– Dobrze, rozumiem. Poczekam – odrzekł patrząc na Jaffara – przyjacielu dobrze, że ty nie masz takich problemów jak ja. Bezimienny zauważył też przy okazji, że Jaffar najprawdopodobniej okradł paru piratów. Poznał to po tym że jeden szukał mieszka ze złotem, drugi butelki z rumem, a trzeci naboi do broni.

– Jaffar czy ty masz z tym coś wspólnego? – zapytał swojego towarzysza, patrząc na to co się dzieje.

– Jaffar nic nie wiedzieć – pisknął gnom wzruszając ramionami. Mężczyzna tylko się uśmiechnął. Zobaczył że Ali rozmawia z kilkoma piratami. „Widocznie są ważniejsi od innych” – pomyślał poznając spośród nich siwiejącego gościa grającego w pokera przed obozem. Nagle usłyszał jakieś krzyki i zobaczył Szkaradnego, który prowadził jakiegoś człowieka. Pochodził prawdopodobnie z miasta, sądząc bo ubraniu. Bezimiennemu nie podobało się to. Wyczuwał kłopoty. Mężczyzna został zaprowadzony przed oblicze kapitana.

Przejdź do części drugiej

Dodaj komentarz